Bimber i bobrowe ogony.

Jan Krzysztof Ardanowski, ten sam geniusz podłej zmiany, który próbował zarejestrować bobry jako zwierzęta jadalne, wpadł na nowy pomysł godzien bobrzego ogona. Zresztą też na „B”. Bimber, tak się nazywa plan ministra rolnictwa na rozwój sektora. Konkretnie, chodzi o legalizację, bo jak twierdzi, bimber jest częścią europejskiej kultury. Nie sprecyzował, czy ma na myśli chlanie, szczanie, czy rzyganie, lecz stanowczo twierdził, że nie obawia się alkoholizmu, bo bimber z domowej produkcji będzie według naszego Jana EKSKLUZYWNY i ELITARNY, więc alkoholików nie będzie na niego stać. Widać ilu na Świecie idiotów, tyle pomysłów na elitarność.

DSC_0922

Kiedyś poznałem młodego człowieka-z pewnością nie miał jeszcze trzydziestki. Nie miał również zębów na przedzie, ani też przesadnej wiedzy. Obejrzał za to „Pretty Woman” z Julią Roberts i Richardem Gere, gdzie dowiedział się, że szampana podaje się z truskawkami, które podkreślają jego smak. A że akurat wymyślił sobie, że będzie „rwał lachona”, kupił w Lidlu wino musujące i truskawki, założył na siebie białą koszulę z Penneysa, umył szklanki-literatki i zaprosił obiekt adoracji do konsumpcji. Wyobraźcie sobie ten cały ELITARYZM: Dom zajmowany przez emigrantów mieszkających po 2-3 w pokoju, sobota, godzina 20.00, wszyscy wrócili już z roboty, zeszli się koledzy, połowa z nich ledwo się trzyma na nogach, a on, orzeł w dżinsach, „najkach” i białej koszuli zajmuje z panną kanapę w gwarnym salonie, truskawki sypie jej do plastikowej salaterki, stawia na stolik do gazet dwie literatki, butelkę czegoś, co mu się wydawało szampanem i wyjaśnia, jakie to ekskluzywne. Nieletni obiekt adoracji, który przyjechał w odwiedziny do kuzynki chyba w życiu nie widział takiej kolorowej butelki, bo z powagą sączył przesłodzoną zlewkę musującą, konsumując zaskakujący PERFECT DAY!

Lou Reed & Friends- Perfect Day

Na Jowisza! Alkohol etylowy nigdy nie będzie ekskluzywny, za to zawsze pozostanie toksyczny, więc należy go spożywać pod kontrolą, tak ilościową, jak i jakościową. To nadająca się do prymitywnego pozyskania substancja, którą można wytwarzać zarówno sposobem domowym, jak i na skalę przemysłową- bez specjalnej technologii! Na domiar złego, łatwo ją pomylić ze śmiertelnie trującym alkoholem metylowym, zwłaszcza wytwarzając go samodzielnie metodą destylacji. Czy etanol zagryziesz truskawą, czy salcesonem, to nadal ten sam rozcieńczony związek: C2H5OH.

KSU- Jabolowe ofiary

Co można zrobić z alkoholem? W najlepszym wypadku można go ekskluzywnie podać. Ekskluzywnie, czyli wyjątkowo, inaczej niż wszystko. Więc po pierwsze- w małej ilości, po drugie- w miejscu czystym, miłym, spokojnym, a po trzecie- jako dodatek do czegoś dla ciała i ducha, czyli wyjątkowo podanego jedzenia, muzyki, uczuć. Bimber, jako środek do ekspresowego zalewania ryja, nie spełnia tych wymogów.

Ewa Demarczyk- Grande Valse Brillante

Prywatnie uważam, że nie ma gorszego działania pod względem profilaktyki uzależnień, niż nazywanie narkotyku „EKSKLUZYWNYM i ELITARNYM” z jednoczesnym podnoszeniem komfortu jego przyjmowania. Nie ma znaczenia, czy mówimy o alkoholu, marihuanie, czy kokainie. Mało rzeczy potrafi tak zawładnąć wyobraźnią młodego człowieka, jak marzenie o wyjątkowości. A skoro do wyjątkowości wystarczy kupić odpowiednią butelkę, skręcić ze wskazanego materiału blanta lub wciągnąć do nosa pewien szczególny proszek, to po jakiego grzyba rozwijać swoje talenty i zainteresowania.

Wiesław Gołas- W Polskę idziemy

„KONESERKO” i „KONESERZE”. Jeżeli w ciągu wieczoru wypijasz ponad 20 gram czystego alkoholu (tyle zawiera 50 gram wódki, czy whiskey, nieco ponad 100 gram wina, butelka piwa), to z ciebie koneser, jak z koziej dupy trąba. Zwłaszcza, jeśli do tego palisz tytoń, czy marihuanę. Po takiej dawce substancji uśmierzających ból, kubki smakowe są znieczulone do tego stopnia, że o żadnych subtelnościach smaku nie może być mowy. Rozumiecie różnicę między konsumentem a koneserem? Jeżeli nawet po całej flaszce bimbru potrafię na ulicy wskazać samochód marki „Mercedes”, to nie oznacza ani tego, że się znam na samochodach, ani tym bardziej, że specjalizuję się w Mercedesach, w szczególności zaś nie oznacza to, że jestem trzeźwy. Choćbym jakimś cudem wszystko pamiętał, nie bełkotał i stał prosto na nogach.

 

Jeżeli dobrze Ci się czytało, kliknij tu i promuj notkę.

 

 

P.S. Tymczasem u Świechny przypomnienie cech niesławnej ideologii i powracające pytanie: „Jak dużo nam brakuje do faszyzmu”- kliknij tu, jeśli chcesz poczytać, a może nawet podyskutować.

Reklamy

27 myśli w temacie “Bimber i bobrowe ogony.

  1. Oj widać ze nie bywasz na wiejskich „uroczystosciach”typu wesela chrzciny czy imieniny.A tam na stole pod rożnymi nazwami stoi na stołach zwyczajny bimber/bo oni uwazaja ze zdrowszy i nie ma sie kaca/
    Stoi pod rożnymi nazwami na „swojskich etykietach”A to „Wódka Weselna” a to „Pana młodego” a to „swojska” czy inna „Łącka”
    A i przy rożnych takich spotkaniach towarzyskich typu ogniska czy grille /modne/ tez takowymi się „traktuje”
    A to wszystko pędzone po cichu nielegalnie w lasach.na własny pożytek/bo inaczej Policja ściga /z własnych owoców.
    Pędzi proboszcz i miejscowy komendant .Wszyscy to wiedzą i trwają porównania kto lepszą smakowo i kto ma lepsza aparaturę.To jedno
    A drugie.Minister jednak wie co robi bo
    a/kupuje elektorat dając „imunitet”pędzącym.
    b/jak się to zalegalizuje i upowszechni, to maluczko maluczko, wytwórcy zostaną obciążeni akcyzą a na buteleczkach legalnych pojawią się banderole.
    c/do zachęty rejestracji Kół Gospodyń Wiejskich dołożono jeszcze to, by kontrolować fiskalnie całą dotychczasową ich działalność „cichą i po kosztach”
    Dotychczas na” uroczystości wszelakie”szwagier wypożyczał remizę SP /gratis podobno/ wypieki robiła ciotka a mięsiwo z swojskiego uboju pojawiało się na stolach,bimberek w 80 % tez królował/dla nieprzyzwyczajonych gardeł sprowadzano monopolówki.A „przygrywały”znajome muzykanty Oczywista „gratis”
    I to wszystko po kosztach cicho i”nielegalnie” i jak tu to kontrolować jak nałożyć podatki,w czas gdy „goście weselni”wzywani sa do US gdzie dostają pytania ile dali „młodym” ,a „młodych” by zeznali ile to wesele ich kosztowało jakie dostali prezenty jaki zespól im przygrywał ? Sprawa ważna dla fiskusa!Wiec wymyślili następna i podesłali ministrowi by ten ucieszył ‚suwerena”
    Tak to drogi Wolandzie wygląda i dotąd zmierza!!
    Tyle ze dziwie się ze „kmiecie” czy „Koła Gospodyń Wiejskich”zanęcające jedna rękę „inwentarz” do klatki by go potem konsumować/w jednej ręce ziarno a w drugiej za plecami siekiera/ jeszcze sie nie spostrzegli czym to grozi,a Koła rejestrują się masowo oczekując na obiecane dotacje/
    Gdy będzie za późno, rozlegnie się zbiorowy szloch „Ło Jezu jak nas podeszli”
    A bimbrownictwo zejdzie do głębszego niż dziś podziemia.Nie takie czasy ono przeżyło
    „Bylo nie było chlup w głupie ryło” I co by to było,gdy by nam zabrakło”
    Jak śpiewał Golas.
    Wiec nie psiocz na ministra! Cwany on jest !!

    Polubione przez 1 osoba

    1. „Zrobiłem wino, ale mi zaczęło kwaśnieć, muszę je zanieść Kazikowi, niech przez swój sprzęt przepuści, to coś z tego jeszcze będzie”- znam temat, nie jeden i nie dwa razy słyszałem podobne teksty, a i spotkania gównożerców z wyższych sfer też są mi znane. Starosta zaprasza komendanta straży pożarnej i prezesa koła łowieckiego, proboszcza, żeby przetestowali, ocenili…. Bo muszę zaznaczyć, że według mnie o tyle się pozmieniało w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, że destylacją zaczęli się zajmować alkoholicy wysoko funkcjonujący- w miejsce niegdysiejszych zdegenerowanych bimbrowników, którym było wszystko jedno, czy ich aresztują. Jakiż to świetny pretekst do zalania ryja- oni nie idą się nachlać, tylko dokonują kontroli, niemalże eksperymentu naukowego. Taka degustacja na wiaderka (w tekście głównym pisałem, co myślę o koneserach). W każdym razie świetnie pokazuje to stan naszych ELYT. Oszczędzają niewiele, bo ceny detaliczne alkoholu nie są poza ich zasięgiem, ale gotowi są ryzykować dla gównianych oszczędności. Mocno pomaga im w tym psychika, tłumacząca że to przecież nie chlanie, a degustacja. Inną sprawą jest poczucie bezkarności.
      Szczerze powiedziawszy, najbardziej w pomyśle ministra rolnictwa irytuje mnie nazywanie bimbru „alkoholem ekskluzywnym”, a chlania „elementem europejskiej kultury”. Wolałbym, żeby bimbrownictwo było nadal nielegalne, ale nie toczyłbym o to wojny.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Właściwym za komentarz byłoby napisać
    „Timeo Danaos et dona ferentes”
    biorąc jednak pod uwagę iz dla „koneserek” i „koneserów”ten typ łaciny byłby niezrozumiały.Walę /przydługawo/ jak „krowie na rowie”

    Polubione przez 1 osoba

  3. No co Ty w tradycję narodową,tradycję naszych przodków uderzasz.W to co jedyne i pewne od wieków i to co nas jeszcze jednoczy.
    To po co Gołas śpiewał tekst Młynarskiego ??
    „W tygodniu to jesteśmy cisi jak ta ćma,
    W tygodniu to nam wszystko wisi aż do dna.
    A jak się człowiek przejmie rolą, sam pan wisz,
    To zaraz plecy go rozbolą albo krzyż.

    W tygodniu to jesteśmy szarzy jak ten dym,
    W tygodniu nic się nie przydarzy, bo i z kim?
    I życie jak koszula ciasna – pije nas,
    Aż poczujemy mus i raz na jakiś czas

    W Polskę idziemy, drodzy panowie,
    W Polskę idziemy,
    Nim pierwsza seta zaszumi w głowie
    Drugą pijemy.
    Do dna, jak leci,
    Za fart, za dzieci,
    Za zdrowie żony.
    Było, nie było…
    W to głupie ryło,
    W ten dziób spragniony.

    Świat jak nam wisiał, tak teraz nie jest nam wszystko jedno,
    Śledziem się przeje, kumpel się śmieje, dziewczyny bledną,
    Świerzbią nas dłonie i oko płonie, lśni jak pochodnia
    Aż w nowy tydzień świt nas wygoni, no, a w tygodniu…

    W tygodniu, bracie, wolno goisz kaca fest,
    Bo czy się stoi, czy się leży, jakoś jest.
    W tygodniu kleją ci się oczy, boli krzyż,
    A wyżej nerek nie podskoczy, sam pan wisz…

    W tygodniu żony barchanowe chrapią w noc,
    A ty otulasz ciężką głowę ciasno w koc,
    I rano gapisz się na ludzi okiem złym,
    Gdy nagle coś się w tobie budzi i jak w dym.

    W Polskę idziemy, drodzy panowie,
    W Polskę idziemy,
    Nim pierwsza seta zaszumi w głowie
    Do ludzi lgniemy.
    Słuchaj, rodaku,
    Cicho!
    Czerwone maki, serce, ojczyzna,
    Trzaska koszula, tu szwabska kula,
    Tu, popatrz, blizna.

    Potem wyśnimy sen kolorowy, sen malowany,
    Z twarzą wtuloną w kotlet schabowy, panierowany,
    My, pełni wiary, choć łeb nam ciąży, ciąży jak ołów,
    Że żadna siła nas nie pogrąży… orłów, sokołów!

    A potem znów się przystopuje i znów gaz,
    I społeczeństwo nas szanuje, lubią nas.
    Uśmiecha się najmilej ten i ów,
    Tak rośnie, rośnie nasz przywilej świętych krów.

    Niejeden to się nami wzrusza, słów mu brak,
    Rubaszny czerep, ale dusza, znany fakt,
    Nas też coś wtedy dołku ściska, wilgnie wzrok,
    Bracia rodacy, dajcie pyska, równać krok.

    Lewa!

    W Polskę idziemy,
    W Polskę idziemy, bracia rodacy!
    Tu się, psia nędza, nikt nie oszczędza,
    Odpoczniesz w pracy.
    W pracy jest mikro, mikro i przykro,
    Tu goudą spływa,
    Cham lub bohater,
    polska sobotnia alternatywa.

    Gdy dzień się zbudzi i skacowani wstaną tytani
    I znowu w Polskę, bracia kochani, nikt nas nie zgani.
    Nikt złego słowa, Łomża czy Nakło,
    Nam nie bałaknie
    Jakby nam kiedyś tego zabrakło,
    Nie… nie zabraknie… „:

    Polubione przez 1 osoba

    1. Myślę, że pod wieloma względami upodabniamy się jako Państwo i duży odsetek Narodu do czasów PRL. Choć Naród zawsze taki był, tylko pozwolono mu pokazać „głębię”, to co w innych czasach wstydliwie chował.

      Polubienie

  4. skoro mowa o produktach narkotykowych zwanych „ekskluzywnymi i elitarnymi” to na dzień dobry skojarzyła mi się końcówka lat 90-tych, gdy na polski rynek wjeżdżał „braun” określany opisowo jako „ekskluzywna i elitarna heroina(?) do palenia”… zbiegło się to w czasie ze znikaniem z rynku „kompotu”, czyli tzw, „polskiej heroiny(?)” i pierwszymi nabywcami nowego produktu były właśnie różne „elity”, które wcześniej wzdragały się na samą myśl o wspomnianym „kompocie”, kompletnie nie pojmując, że jest to praktycznie to samo jeśli chodzi o efekty /różnice są jedynie na poziomie technologicznym/, a gdy towar trafił „pod strzechy”, tam szybko odkryto, że „palenie” /a dokładniej: inhalacja sublimatem owej substancji/ to słaby pomysł, skoro można efektywniej „walić po batach”… za to w międzyczasie sporo ludzi z owych „elit” powpindalało się po uszy, a kto przeżył, ten szedł się leczyć i nawet co poniektórzy spadali na cztery łapy po tej przygodzie… od tamtej pory o „ekskluzywności i elitarności” owego brauna słuch zaginął…
    /znak „?” przy słowie „heroina” jest stąd, że w obu wymienionych produktach nie ma żadnej heroiny (dwuacetylomorfiny) tam nie ma, gdyż nie da się jej uzyskać prostymi domowymi sposobami, a jedynie acetylomorfina (odrobinę słabsza)… ale utarło się medialnie i literacko, że to „heroina”, więc niech sobie już tak będzie, zwłaszcza że jest to detal istotny tylko dla fachowców od chemii czy farmacji…. wspominam tylko o tym gwoli ścisłości terminologicznej/…

    po tym rozbudowany wstępie niekoniecznie na temat proponuję przerwę na reklamy, czy cóś w tym stylu i reszta będzie w drugim wejściu, bo nie wiem, ile mi się zmieści, nie wiem ile znaków system puści, mimo że nie planuję zbyt wielkiego rozpisywania się…
    cdn.

    Polubione przez 1 osoba

    1. A mnie z kolei chodzi po głowie dokument o ochroniarzach, jaki widziałem ostatnio. Panowie z ochrony jak gdyby nigdy nic opowiadali o kokainie, którą ĄĘccy z Grajdołkowa aktualnie uważają za elitarną. Ponoć trzeba być ślepym i głuchym, by nie dostrzec, kto z „elyty” klubowej jest pod wpływem. Najbardziej utkwiło mi w pamięci to, że ochroniarz mówił o tym, jak o normie.

      Polubienie

      1. (rzekoma) „elitarność” kokainy wynika tylko z jej ceny i bazuje na dość popularnym /niestety/ paradygmacie, jakoby o wartości człowieka świadczyła zawartość jego portfela czy konta bankowego, paradygmacie kompletnie zresztą sprzecznym z moją filozofią życiową i związanego z nią systemu wartości…
        tu mi się przypomniał mój eksperyment kiedyś tam z pewną odmianą owej substancyji zwanej „crack” gwoli zaspokojenia naukowej ciekawości „o co w tym chodzi”, było tego na jeden raz na osobę i ewentualną powtórkę… było miło, ale przysłowiowej dupy nie urwało, zawiedziony nie byłem, bo jakieś wstępną wiedzę teoretyczną wcześniej posiadałem, aczkolwiek byłem nieco zdziwiony, że raptem 15 minut tej niezbyt wyszukanej zabawy aż tyle kosztuje… abstrahując już od mojej niskiej podatności na nałogi jedno było pewne, że kokainizm mi nie grozi nawet gdyby było mnie stać na dłuższe wkręcenie się w ten sport… trzeba jeszcze dodać, że wśród Indian andyjskich w ogóle mowy nie ma o żadnej elitarności, zwłaszcza, że tam funkcjonuje zupełnie inny model używania tejże roślinki, inne są też panujące tam uwarunkowania…
        jeśli miałbym mówić o „elitarności” jakiejś substancji zmieniającej coś w umyśle, to co najwyżej o niektórych psychodelikach z wyższej półki, np. o peyotlu lub produkcie zwanym „ayahuasca”, ale w tym przypadku owa elitarność nie bazuje na zawartości kieszeni, ale poziomie umysłowym użytkownika… to nie są zabawki dla idiotów, którzy z takiego doświadczenia niewiele wartościowego wyniosą dla własnego rozwoju, a niejednokrotnie zrobią sobie kuku lub narobią jakiegoś gnoju w najbliższym otoczeniu… w tamtych kulturach temat kontrolowali czarownicy, szamani /jak zwał tak zwał/, elita (intelektualna) danej społeczności, którzy decydowali o tym, kto jest na tyle dojrzały i odpowiedzialny, by mógł doświadczyć kontaktu z owymi substancjami, oni też monitorowali przebieg całej jazdy, aby żaden kłopot z tego nie wyniknął…

        tu przy okazji przypomniał mi się pewien naukowy wywód na temat dragów „prostych”, tych z niższej półki /opiaty, alkohol, koka/, jakoby rytualizacja ich przyjmowania miała ograniczać ewentualne szkody… jest w tym nieco prawdy, ale autor owej pracy pominął dość istotną sprawę; otóż ludzie nie kontrolujący siebie w temacie owego używania również mają swoje rytuały, tym razem NADużywania… jakoś nie widzę różnicy pomiędzy ćpunem tankującym regularnie ileś tam flaszek ultra drogiego trunku i ćpunem tankującym regularnie najtańsze berbeluchy w podobnych ilościach…

        Polubienie

        1. Nie bez powodu, zawartości portfela, ani wykształcenia, nie miesza się z objawami uzależnienia. Nawet sposób walenia w siebie używki nie jest istotny, chyba że systematycznie ograniczane są wszelkie urozmaicenia i coś, co było dodatkiem, przechodzi w rytuał, każdego dnia coraz bardziej do siebie podobny.

          Polubienie

  5. cd /już nieco bardziej na temat/:
    zacznijmy od tego, że Ardanowski jest idiotą, jak zresztą wszystkie neokomuchy… skoro mamy już bazę, to posurfujmy dla sportu po jej powierzchni… otóż pomysł legalizacji produkcji mocnych napojów narkotycznych kraftowych na bazie ETOH /zwanych popularnie „bimbrem”/ nie jest nowy, bo już Palikot z nim wyskoczył w poprzedniej kadencji, ale został wybuczany… pytanie najważniejsze dotyczy motywacji… kwestii problemu narkomanii alkoholowej to nie rozwiąże, nie ograniczy też produkcji na nielegalu, więc o o co tu qurva chodzi?…
    jedyna odpowiedź jaka mi się nasuwa, to „kasa misiu kasa”, czyli zbieranie nawisu inflacyjnego, który już powoli wzbiera i tylko czekać, kiedy to wszystko pieprznie…
    ale…
    sam koncept legalizacji jako taki głupi nie jest, bo umiejętnie wykonany, z kontrolą jakości i ekologiczności /zero chemii, tak powszechnie stosowanej w obecnych technologiach produkcji/ może być elementem polityki redukcji szkód… wymaga to jednak zmiany strategii państwowej dotyczącej branży alkoholowej, całej filozofii na ten temat… tylko to nie jest na puste i zabetonowane łby podłej zmiany… obecnie zaś, taka legalizacja byłaby jak posypanie czekoladą krowiej kupy…
    p.jzns :)…

    Polubione przez 1 osoba

    1. A dla mnie to nie tyle „kasa misiu”, co oczko do zachlanego elektoratu. Ci, którzy potrafią jeszcze o własnych siłach dojść do urny wyborczej, bo jeszcze nie są na szczeblu strażnika sklepu z winem prostym, mają podsuwany komplement: „lubicie bimber? i dobrze, bo to ekskluzywny i elitarny trunek, głosujcie na mnie, to będziecie mogli przebierać i wybierać”. I reakcja opozycji powinna być następująca: Świetnie, zróbmy debatę, konsultacje społeczne, spytajmy lekarza, terapeutę, księdza, biskupa, spytajmy rodziców, porozmawiajmy o za i przeciw w Sejmie, gdy już zbierzemy materiał. Możemy nawet zrobić referendum w sprawie legalizacji bimbrownictwa i jego dozwolonego zakresu. Tylko nie róbmy z tego elitarnego klubu, bo byle oszczymur potrafi przegonić zacier przez aparaturę..

      Polubienie

      1. faktycznie, tak też można to interpretować… dodałbym tylko, że większość tegoż elektoratu to nie tylko owi zachlani, ale także współuzależnieni /na skalę społeczną/, wśród których ma się świetnie syndrom zaprzeczania objawiający się formułką „alkohol to nie narkotyk”, a nawalony do białej kości i krwi z dupy ptyś mający śmiertelny promil we krwi robi za „bohatera narodowego”…
        zresztą omawialiśmy już to kiedyś, nie ma sensu tego powtarzać, wiemy o co chodzi…

        ale na koniec ciekawostka, której chyba Tobie nie opowiadałem… otóż któregoś wieczoru parę lat temu nie za dobrze się poczułem sercowo w wyniku kilku upalnych dni, ktoś w domu przypanikował i wezwał pogotowie… spędziłem noc na SORze i imaginuj sobie Waćpan, byłem jedynym trzeźwym pacjentem na iluś tam (chyba ośmio) łóżkowej sali… obok mnie leżała kobitka z napadami padaczki poalkoholowej, na innym łóżku jakiś elegancko /”elitarnie”/ gość zatruty jakimś „nieelitarnym” dyngsem, na kolejnym trwała reanimacja innego zachlanego, etc, wszyscy(!) poza mną mieli jakieś duże „nie tak” w wyniku nadużycia owego „nienarkotyku”… wiem, co piszę, miałem czas dokładnie się rozejrzeć dookoła… gdy podzieliłem się tym spostrzeżeniem z jakimś lekarzem, ten nie podjął tematu, ale przemiła pielęgniarka była chętniejsza do zamienienia kilku słów i dowiedziałem się, że co prawda nie zawsze tak jest, ale przynajmniej połowa pacjentów to zwykle efekty jakiegoś zachlania ryja…

        Polubione przez 1 osoba

        1. To u mnie jest inaczej. Irlandzkie SOR-y są- i owszem, przepełnione, ale ofiary używek nie stanowią większości i są traktowane STRASZNIE. Pamiętam, jak kiedyś zgłosiłem się równocześnie z mocno zmasakrowanym pijaczkiem, był poobijany, rękę miał na temblaku, widać było, że każdy ruch sprawia mu ból. Akurat była straszna kiszka z łóżkami szpitalnymi, ale ja już po kilku godzinach dostałem ruchomą leżankę, a po dobie miejsce na łóżku w jednej z sal łóżkowych SOR- w oczekiwaniu na zwolnienie miejsca na specjalistycznym oddziale. Trzeciej doby mnie przeniesiono i traf chciał, gdy przejeżdżałem obok tego samego typa- nadal nie miał nawet miejsca na leżance, spał na zsuniętych trzech drewnianych krzesłach- dostał do tego koc i musiał sobie radzić. Choć rzeczywiście- w weekendy, gdy jazda po bandzie jest najostrzejsza, SOR-y się tu zagęszczają (z powodu nadużywania tego i owego), to jest właśnie ta ilość nadmiarowych osób, które tworzą trudny do rozładowania korek.

          Polubienie

    1. Zauważyłeś, że rzadko zdarzają się wypowiedzi „a ja lubię posiedzieć w ogródku z jabłkiem w ręku”. Praktycznie zawsze jest mowa o substancjach zmieniających świadomość. A to konsumpcja, jak każda inna.

      Polubione przez 1 osoba

      1. exactly… gdy ktoś np. opowiada o jakiejś dyskusji, to zwykle toczy się ona „przy piwie” lub „przy kawie” /też odrobinę zmienia percepcję i może uzależnić/, rzadko kiedy w roli rekwizytu występuje ciastko lub wspomniane jabłko… co więcej, tego piwa wcale może nie być na stole, tylko np. miseczka orzeszków, ale uzus językowy jest taki, że idzie się „na piwo”…

        Polubienie

  6. A swoja droga ten numer z bimbrem przypomnial mi scene z drugiej czesci „Misia”:
    „Wisnia jest wisnia, witaminy przede wszystkim posiada. Wypijesz takie dwie i masz komplet”.
    Woland, ogladales kiedys teatr telewizji pt. „Big Bang”?

    Polubione przez 1 osoba

  7. Trochę się u mnie ustabilizowało (niestety nie uspokoiło) to i „czepić się muszę”.
    Legalne bimbrownictwo w Europie na południe od nas ma bogatą tradycję. Tyle, że jest ono urzędowo ucywilizowane. Możesz sobie zrobić domowymi sposobami zacier z owoców (ale nie z żyta czy czegoś takiego) w ilości nie mniejszej niż – o ile pamiętam – 100 l. Potem ten zacier zawozi się do wyspecjalizowanej gorzelni z małymi urządzeniami i tam jest przez fachowców destylowany do mocy nie większej niż X% i dostajesz tego od 70 do 50 procent, a reszta idzie jako opłata w naturze do dalszej produkcji.
    W byłej Jugosławii w gospodarstwach przy domu widziałem kadzie po 500 l. Wywalano do nich wszelkie odpady owocowe – byle nie spleśniałe – gdzie naturalnie się przefermentowywały. Na koniec owocobrania przyjeżdżała cysterna i odbierała zacier oraz naczynia docelowe. Wracały pełne domasznej rakii. Podobnie w Bułgarii i Rumunii. W Czechach i Słowacji oraz na Węgrzech nazywało się to śliwowica z przydomkiem regionalnym.
    To czego próbowałem miało specyficzny smak i aromat i pite w umiarze humor poprawiało. Pite mniej „umiarowo” – a
    nie zwalało z nóg i nie ćmiło za bardzo umysłu – dawało ciekawy efekt następnego dnia. Wypicie czystej wody po wstaniu z łóżka leczyło niby kaca, ale wracał stan upojenia lepszy niż po klinie. Niby była oszczędność na kasie ;-)) Tylko mocna kawa lub w ostateczności herbata stawiała na nogi. Ogórków czy kapusty tam nie kiszą tak więc nie było szans na sprawdzenie naszych specyfików.
    Wszystko to miałem okazję sprawdzić kiedy wycieczka zakładowa zabłądziła w rumuńskich górach jadąc drogą na skróty i trzeba było uzupełnić kasę w bufecie kierownika campingu za przyjęcie nas o drugiej w nocy na nocleg. W biletach Rumuńskiego Banku Narodowego rewanżu przyjąć nie chciał, ale zrzutkę trzeba było przepić.
    Pan minister mógłby coś takiego zaproponować, ale do tego potrzeba wiedzy. A z tą w formacji PIS kiepsko.
    Jeszcze uwaga: 100 l praktycznie wyklucza mieszczuchów z udziału w tym rzemiośle. Czechosłowacja miała ograniczenie do gospodarstw rolnych.
    Z tego co wiem zasady pozostały po zmianie ustroju.
    SKWAŚNIAŁE WINO można zlać, odfiltrować i postawić bez rurki fermentacyjnej w cieple pokojowym. Po ok miesiącu powinien zrobić się ocet. Jeżeli wyłapie się odpowiedni moment to trzeba zlać do butelek, i koniecznie spasteryzować. Ocet dużo bardziej aromatyczny i łagodniejszy w smaku niż sklepowy. Sprawdzone, ale nie zapisałem receptury.
    To w końcu ta sama fermentacja.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Jak widać, są różne metody zagospodarowania obywatelskiego zapału do zmian stanu świadomości. Swoją drogą, myślę że nadal zbyt mało mamy danych na temat różnych koncepcji podejścia do uzależnień- w tym penalizacji.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s