Paszport polskiej hańby.

Nadszedł czas wymiany dokumentów. Dla mnie z powodu upływu daty ważności, a dla Świechny z powodu zmiany nazwiska. Złożyliśmy odpowiednie podania, a pierwszym możliwym do odbioru dokumentem okazał się być paszport mej Małżonki. Słyszeliśmy co nieco o pomysłach podłej zmiany na zawartość dokumentu, ale to co zobaczyliśmy, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że nasza władza postanowiła wszem i wobec udowodnić, że niezłe z nas, Polaków, zwyrole. Wyszło im całkiem nieźle.

Karol i paszport

Józef Piłsudski, Ignacy Jan Paderewski, Roman Dmowski, Wincenty Witos, Wojciech Korfanty, Gabriel Narutowicz, Antoś Petrykiewicz, to niektóre z upamiętnionych znakami wodnymi postaci widocznych na kartach paszportu. Jeżeli zastanawiacie się, co mi się w tym zestawie nie podoba, pozwolicie że wyjaśnię.

Jaromir Nohavica – Kdyz me brali za vojaka.

Antoś Petrykiewicz, to 13 letni chłopiec, którego przyjął do oddziału jakiś kompletny porąbaniec. Obawiam się, że był to jego dowódca, porucznik Roman Abraham – on w każdym razie zamiast dać dzieciakowi rozkaz demobilizacji, wziął go na samobójczą misję. Jedynie pedofile i stręczyciele nieletnich dorównują w moim prywatnym rankingu zbrodniarzy przeciw dzieciom bestiom posyłającym je w bój i robiącym pranie mózgu polegające na wmawianiu, że pięknie jest ginąć za Ojczyznę. Żeby to jeszcze miało jakiś sens. Ale nie, dzieciaki oprócz tego, że pobiegały tam i z powrotem (z bronią w ręku lub bez niej), nie stanowiły dla wroga żadnej przeszkody, a jeżeli któremuś udawało się przeżyć taką rzeź, to nie bez konsekwencji dla psychiki (słyszeliście o PTSD). Antoś był jedną z ofiar bandyckiej indoktrynacji. Paszport sporządzony przez podłą zmianę, ładnie nam wyjaśnia dlaczego. Zapraszam do przyjrzenia się innym postaciom z jego znaków wodnych.

Kazik – Spowiedź święta.

Roman Dmowski, to nacjonalista i idiota, któremu zdawało się, że Polska odzyska niepodległość u boku cara Rosji. Jak wiemy, car nie potrafił nawet ocalić własnej dupy. Taki był mocarny, że go jego „wierni” poddani zamordowali, wraz z całą najbliższą rodziną zresztą. Mimo szybkiego zdemaskowania, nazwijmy to dyplomatycznie „błędów w myśleniu” pana Romka, ten niezrażony brnął w swoje urojenia polityczno-narodowe. A może właśnie dlatego, że tak szybko car zetknął się z faktami, Dmowski uznał że tym gorzej dla faktów. Zwalczał zaciekle Piłsudskiego nawet, gdy Bolszewicy przeszli do ofensywy w wojnie 1920, nawet gdy Polsce groziło błyskawiczne wymazanie z mapy. Dopiero gdy Piłsudski publicznie powiedział, że jeśli nacjonaliści nie zamierzają zaprzestać, on jest gotów zrzec się dowództwa, byle tylko był jeden wódz naczelny, któremu pozwolą w tej wojnie dowodzić, coś odblokowało beton. Chyba rura zmiękła Romanowi, bo nacjonaliści tradycyjnie lotni nie byli, a i na polityce znali się jak świnia na gwiazdach, a już z pewnością zjednoczyć nikogo nie potrafili. Na moment odpuścili, ale już po zwycięskiej bitwie warszawskiej, w której Piłsudski rozgromił siły bolszewickie, obóz Dmowskiego zaczął nazywać bitwę „cudem nad Wisłą”, ponieważ wolał w roli zwycięzcy widzieć siły nadprzyrodzone, niż największego wroga politycznego. Co ciekawe, nasz nowy paszport zawiera też upamiętnienie bitwy warszawskiej – zaznaczające, że nazywana jest również „cudem nad Wisłą”. Bo Polsce, za którą oddał życie Antoś, najlepiej wychodzi walka między Polakami – właściwie w każdym momencie można na to liczyć.

Slash & Myles Kennedy – Civil War

O…, właśnie…, nie wiem czy wiecie, ale mały Antoni oddał życie także za Eligiusza Niewiadomskiego, mordercę pierwszego prezydenta RP, Gabriela Narutowicza. W zachęcie (nomen omen) do mordowania Polaków, propaganda Dmowskiego i jego endecji, okazała się dość skuteczna. Po tej zbrodni, socjaliści chcieli odwetu, ale Ignacy Daszyński, równie znienawidzony przez nazioli Polak (tuż przed śmiercią Narutowicza został nawet pobity przez ich bojówki), znajdujący się również na kartach nowego paszportu, przeciwstawił się temu pomysłowi, dzięki czemu zbrodniczym endekom się upiekło, ale też i Polska ocalała przed wojną domową.

Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński – Śmiech.

Oczywiście możemy zawsze powiedzieć, że przynajmniej socjaliści Piłsudskiego byli warci antkowego życia, tyle że to również gówno prawda, zważywszy na krwawy zamach majowy 1926 (czyli wzniecenie wojny domowej przez Piłsudskiego) i późniejsze represjonowanie przeciwników politycznych. Dzięki takim prześladowaniom, zdrowie w sanacyjnych więzieniach stracili zarówno Wincenty Witos, jak i Wojciech Korfanty – również upamiętnieni na kartach nowego paszportu. Przy czym Wojciech Korfanty właściwie został w polskim więzieniu zamordowany – wypuszczono go jedynie po to, żeby tam nie zginął, bo oprawcy doprowadzili go do stanu beznadziejnego i bali się w przededniu wojny z Niemcami rozruchów polsko-polskich. Żeby było bardziej groteskowo, Korfanty (przywódca III powstania śląskiego – wszyscy wiedzą świetnie, ale na wszelki wypadek przypomnę) wrócił do Polski z emigracji właśnie z powodu zbliżającej się wojny, chcąc bronić ojczyzny na polu bitwy. Kochani rodacy go w nagrodę zamordowali. Jak to mówił Piłsudski? „Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy!”

Black Sabbath – War Pigs.

Wobec losów tych postaci, na plan dalszy schodzi zamieszczenie w paszporcie hasła „BÓG, HONOR, OJCZYZNA”, choć przyznacie że dość dużym błazeństwem jest wręczanie czegoś takiego mnie – ateiście – wszak gardzę bóstwami wszelakimi, podobnie jak osobami nadużywającymi słowa „honor” i mylącymi go z żulerską bezczelnością, a Ojczyzną jest dla mnie kilka miejsc i ludzie w nich żyjący, ale bez zbrodniczego aparatu państwowo – religijnego. Na wszelki wypadek składam wniosek o paszport irlandzki. To tyle lekcji historii na kilka dni przed 101-szą rocznicą odzyskania niepodległości na lat 21.

 

Jeśli Ci się dobrze czytało, kliknij tu i promuj notkę.

Jak zawrócić rasistę?

DSC_0985

Daryl Davis, czarnoskóry pianista i wokalista bluesowy, który grał między innymi z B. B. Kingiem i Chuckiem Berrym, ma na swoim koncie niezwykłe osiągnięcie: Po rozmowach, które prowadził, ponad 200 osób wystąpiło z Ku Klux Klanu, a 54 z nich podarowało mu swoistą „zdobycz”, ale nie wojenną, lecz pokojową – swoje stroje. Nie miałbym o tym pojęcia, gdyby nie artykuł Onetu (właściwie wywiad z muzykiem), który możecie przeczytać, klikając tu – w ten akapit. Jak ich przekonał – w szczegółach pozostaje dla mnie tajemnicą, ale tłumacząc na dużym stopniu ogólności – pytał, dlaczego go tak nienawidzą.

Mr Zoob – Czego się gapisz?

Wiecie, co mi przyszło do głowy? Czy gdyby w Polsce jakiś wyznawca judaizmu albo islamu, ewentualnie homoseksualista lub uchodźca, rozmawiał z Polakami w ten sam sposób, to czy również udałoby mu się przekonać taką liczbę osób? Albo z Niemcami w latach trzydziestych ubiegłego stulecia.

Róże Europy – Mamy dla was kamienie.

Pamiętam, jak moja babcia od strony matki, z zaciętym wyrazem twarzy opowiadała, jakoby żydowskie dzieci krzyczały za biednymi polskimi dziećmi „wasze ulice, nasze kamienice”. I nie dziwię się, jakoś sobie musiała wytłumaczyć swoją nienawiść wobec nich, zważywszy na wiedzę o tym, co się z tymi żydowskimi dziećmi stało w czasie wojny. Przecież ona wiedziała. I nawet zakładając, że wspomnienia wyzwisk są prawdą, czy rzeczywiście polskie dzieci nie miały w swym repertuarze pogardliwych wyzwisk wobec dzieci żydowskich? A „parch” to skąd się wziął? To może jakieś obce słowo, o którym Polacy nic nie wiedzą? Ale to babcia taktownie pomijała w swych wspomnieniach. Czy ją byłaby w stanie zmienić jakakolwiek rozmowa? Nigdy się już tego nie dowiem, za to wiem, jak reagują polskie faszystki dzisiaj.

The Exploited – War.

Ot, jakaś parafianka z bełchatowskiej parafii, tej samej gdzie księża bezprawnie zatrzymali trzynastolatka i wezwali policję, bo schował hostię do kieszeni, zaczęła pyskować w sposób następujący (cytuję): „Bronicie homoseksualistów, bronicie ateistów, bronicie uchodźców, a jak się katolikom krzywda dzieje, to odwracacie kota ogonem”. Innymi słowy: ZBRODNICZA JĘDZA ma pretensje, że jest jeszcze ktoś, kto nie pozwala jej bezkarnie atakować homoseksualistów, ateistów i uchodźców, a następnie biadoli o jakiejś krzywdzie urojonej. Z ciekawości, jaka to krzywda katolikom się stała, gdy trzynastolatek schował hostię do kieszeni (tu czekam na żarliwe zapewnienia ze łzami gorliwego obrońcy wiary wypowiadane, że WIADOMOŚĆ TA PRZEPEŁNIŁA ICH BÓLEM). Pamiętam dokładnie ten sam zapał, gdy świrusy wydzierały się na Krakowskim „nie zabierajcie nam krzyża (nie ich własność w dodatku)”, a gdy krzyż został przeniesiony do kościoła, to oczywiście mieli go w dupie.

Jacek Skubikowski – Ja tu tylko śpię.

Wracając do Daryla Davisa, jak myślicie, przekonałby babsztyla z Bełchatowa? Jak przekonać kogoś, kto czuje się skrzywdzony, gdy nie może bezkarnie krzywdzić innych? Pamiętacie jak to było z o. Maksymilianem Kolbe? Też kolportował w swoich czasopismach faszystowskie treści, aż przybyli faszyści z kraju ościennego, wymordowali Żydów, wymordowali homoseksualistów i Cyganów i jego też zamordowali. Ups!!!

 

Tymczasem na „Związku niesakramentalnym” rozmawiamy o minionych świętach – kliknij tu, jeśli chcesz poczytać.

 

Jeśli dobrze Ci się czytało, kliknij tu i promuj notkę.

Pani KUP SE BLASZKĘ i inne przypadki kariery Wolki i Wolaka.

Nowy parasolowy

Paweł ma 26 lat, zarabia 22 tysiące złotych miesięcznie jako vice szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej i właśnie zdał egzamin maturalny (lepiej późno, niż wcale), choć przecież nie matura, a chęć szczera, co może potwierdzić doktÓr teologii i rektÓr swojej własnej uczelni, Rydzyk Tadeusz, który niegdyś nie dostał się do ogólniaka, ani niższego seminarium w Katowicach, ale z pomocą Redemptorystów zdał maturę w niższym seminarium w Braniewie. Pawła Gajewskiego poznałem z powodu zdjęcia, na którym niesie parasol nad prezesem panem i jego chyba małżonką, choć ciężko za tym nadążyć, bo odkąd późniejszy prezes został europosłem i olał pierwszą żonę, zaczął rwać blachary na potęgę, prawdopodobnie dlatego, że pensja mu na to pozwalała. Zdezorientowanemu czytelnikowi tłumaczę, że Gajewski jest niewolnikiem prezesa TVP, Jacka Kurskiego, który z kolei jest niewolnikiem prezesa, tego prezesa – stąd i zmyłka.

Jacek Kaczmarski – Ballada pozytywna.

Noszenie parasola nad prezesem panem odkrył jako źródło dochodu niejaki Jojo Brudziński, co to Joachim na chrzcie mu dali. Dumny Naród Międzypośladkowy odkrył też inny przyszłościowy zawód wolski, KUWETOWEGO (patrz Błaszczak Mariusz), który na równi z PARASOLOWYM, może być przyczynkiem do ministerialnego stołka, choć miłośnicy kultury wiedzą z kolei, że wystarczy zostać TABLETEM (Gliński Piotr).

Zespół reprezentacyjny, Brassens – Testament.

Mamy kumulację świąt: HALLOWEEN, DZIADY, WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH, zastanawiam się czy byli żołnierze Grom ochraniający zwykłego posła wyszorowali już grób symboliczny przez niego wskazany? Tak sobie przypomniałem, bo to czas takiej zadumy nadszedł, że zamyśliłem się nad tymi dumnymi niegdyś członkami elitarnego oddziału, których fortuna dzisiaj przy Radziwiłłowej stoi (szybki konkurs – bohater jakiej znanej powieści został tu przeze mnie sparafrazowany). Chluba armii tak się rozwinęła, że dziś czyści z ptasich odchodów płytę nagrobną nad dziurą w ziemi, bo nieboszczyk i tak zupełnie gdzie indziej leży.

IMG_2871

Czy Naród się zeszmacił, czy zawsze taki był? Weźmy taką niewolnicę Szydło, co to podczas wybierania składu jej rządu na urlop ją wysłali, a podczas zaprzysiężenia na stanowisko przewodniczącej rady ministrów, niewolnik Duda wygłosił laudację ku czci prezesa pana zamiast o niej coś powiedzieć. Zmarnowała życie syna, który księdzem z tego wszystkiego na krótko został, bo dziś krąży w zbiorowej wyobraźni jako Szymek – Wydymek, jakoby dziecko jakiejś małolacie zrobił. I na nic straszenie sądem za powtarzanie tego niby-pomówienia, na nic zasłanianie się prywatnością – nie trzeba było synka używać do marketingu politycznego. Jak się go pchało na okładki PiS-owskich gadzinówek, to i bigos mamy gotowy. A wszystko to po co? Ano żeby dupę służbowymi samochodami wozić, ochroniarzami podyrygować. Ot, takie marzenia niewolnicy: „MIEĆ SWOICH NIEWOLNIKÓW”!

Jan Kaczmarek – Godność.

Zauważcie jednak, co się dzieje, jak ktoś z tej ekipy nie ma na tyle siły, by się służbą otoczyć i bujać między blacharami albo toy-boyami. Spójrzcie na panią Bernardetę „Kup se blaszkę” Krynicką. Czego ona w kampanii nie próbowała: a to majty podczas jazdy konnej przed obiektywami fotoreporterów ukazała, a to partyjnej koleżance wyrwać mikrofon chciała, bo „jest posłem przecież”. Ale tamta jej się odszczeknęła, wszystko wyłapały mikrofony, a Suweren czujny jest, wrażliwy jest. No i już nie jest posłanką i prawdę powiedziawszy, niezbyt sobie wyobrażam jej kampanię w terenie. Wystarczy bowiem podesłać kilku młodzieńców, którzy na wiecu wyborczym zaczną skandować „po-każ majtki, wsiądź na konia!” albo „kup se blaszkę, kup se blaszkę…!” i cały efekt diabli wezmą. Z ciekawości: Do jakiej roboty ona się nadaje? Jest z zawodu pielęgniarką, ale kończyła ponoć również pedagogikę. Interesujące, czy pomaga sobie w pracy majtkami, koniem, czy blaszką.

Matellica – Fade To Black.

Ponieważ jednak mamy czas zadumy, przypomnę że Polska przoduje w europejskich statystykach dziecięcych samobójstw, jeśli chodzi zaś o samobójstwa ogółem, to ich liczba przekroczyła liczbę śmiertelnych ofiar wypadków drogowych, w których Polska również prowadzi w kategorii zgonów na liczbę samochodów. No i jeszcze moja ulubiona liczba dla Polski PiS, którą przytoczyłem w poprzednim felietonie: 205 z 264 zabójstw w 2018 roku dokonanych zostało pod wpływem alkoholu. NORMALNY NARÓD, prawda, POD SZCZEGÓLNĄ OPIEKĄ MARYI! Gdzie ci Francuzi?! Nauczymy ich jeść widelcem! A skoro jesteśmy przy sprawach ostatecznych, to przypominam, że pedofil Henryk Jankowski nie żyje, pedofil Marcial Maciel Degollado nie żyje, pedofil  Franciszek Cybula nie żyje, pedofil Józef Wesołowski nie żyje, ich wspólny mocodawca, Karol Wojtyła również nie żyje. Wszyscy równi wobec czasu i płomienia.

Stanisław Soyka – Cud niepamięci.

Jeśli Ci się dobrze czytało, kliknij tu i promuj notkę.

Ciepły pieszczoszek Wojtyły.

21 stycznia 1991. Jan Paweł II przywraca ordynariat polowy w Polsce. Biskupem polowym Wojska Polskiego oraz biskupem tytularnym Bettonium z jego rozkazu zostaje Sławoj Leszek Głódź – starszy szeregowy rezerwy, co nie przeszkadza urzędującemu wówczas na pasku kleru prezydentowi RP, Lechowi Wałęsie, mianować go generałem brygady. To oprócz złamania prawa wojskowego, policzek dla wszystkich oficerów – w szczególności kapelanów, jak i dla wszystkich młodych biskupów pomocniczych. Awans na tak eksponowane stanowisko dostaje kompletny żółtodziób, ani oficer, ani biskup. Dlaczego? Bo tak rozkazała głowa obcego państwa, Karol co został papieżem. Tak to się zaczęło.

IMG_1866

Szybko okazało się, że świeżo upieczony generał jest chlorem nieziemskim, a popijawy z nim ciężko wspominają zarówno wysocy rangą oficerowie, jak i urzędnicy państwowy. Najsłynniejszy z nich, prezydent Kwaśniewski, po libacji z biskupem dwojga imion ledwo mógł ustać na nogach przy grobach w Charkowie.

Wiem, wiem…, co Polaka to obchodzi, skoro jego Ojczyzna jest jedynym krajem UE, w którym spożycie alkoholu na głowę rośnie. I to jak. Dwie dekady temu piliśmy 8 litrów czystego alkoholu na jednego mieszkańca powyżej 15 roku życia (nawet niekoniecznie dorosłego), a dziś 11 litrów – to wzrost o 37,5%. To niesie za sobą pewne konsekwencje. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale w Polsce w roku 2018 pijanych było 205 z 264 sprawców zabójstw, czyli 78% zabójstw na terenie Polski dokonanych zostało w stanie nietrzeźwości.

Kazik – Piwko.

Wracając do naszego ochlajmordy: Jeszcze za czasów swego ordynariatu polowego wsławił się poniżaniem podwładnych. Do jego ulubionych numerów należało budzenie podwładnych w środku nocy i nakazywanie gry na akordeonie, polewania gorzały, jak również posyłania z rana adiutantów po zestaw na kaca. Jeden z nich dostał od niego nawet ksywę „Actimelku Kochany”, bo tymi słowy kończył był Głódź wysyłanie go do sklepu po actimelka na kaca.

Michał Bajor/ Weill – Mandalay

Jak każdy alkoholik, generał Sławoj Leszek Głódź starał się ukryć nałóg: Oprócz tego, że z rana przyjmował zestawy antykacowe, dodatkowo lubił się stroić – znana była jego miłość do mundurów galowych. Cóż…, nie zawsze to pomagało, zdarzało się bowiem generałowi zaszczać oficerskie porcięta i w takich paradować po terenie. Szszszszszacuneczek dla munduru…., kuuuuchva. I krzyża, bo przecież bez niego mundur ordynariusza polowego nie byłby kompletny!

Z biegiem czasu, lista zarzutów wobec Sławoja Leszka rosła. Już w 2013 we Wprost ukazał się artykuł demaskujący jego zachowania, ale sprawę zamieciono pod dywan. Ostatni reportaż TVN, a raczej reakcja na niego, to po prostu wynik zasięgu i dostępności tego medium. Wśród grzechów generała znalazły się nie tylko libacje, mobbing i poniżanie podwładnych, ale też korupcja (jako gdański arcybiskup przyjmował łapówki w zamian za intratne probostwa).

Sting – Children’s Crusade.

Osobiście za najcięższy zarzut wobec Sławoja Leszka Głódzia, uważam ten z dokumentu Sekielskiego, gdzie wyraźnie widać jak biskup nie tylko ukrywa pedofila, nie tylko pozwala na jego kontakt z dziećmi, ale też ma czelność na pogrzebie jednego z kościelnych pedofilów domagać się przeprosin za oskarżenia o pedofilię (do tego stopnia, że wmanipulował w to Lecha Wałęsę, który dał świadectwo braku przesłanek do stwierdzenia zachowań pedofilskich u  swojego spowiednika). Tak, chodzi o ks. Franciszka Cybulę, spowiednika Wałęsy, który w filmie Sekielskiego przed kamerą nie tylko nie wyparł się molestowania chłopca, ale jeszcze w konfrontacji z ofiarą zaczął go obciążać odpowiedzialnością, że jest tak samo winien aktu seksualnego jak on – sprawca, homoseksualnego aktu dla jasności (oraz wiadomości Jędraszewskiego).

Mister D – Tęcza.

Nie uważacie, że bardzo ciekawym jest klucz, według którego Wojtyła obdarzał dostojników kościelnych najwyższym zaufaniem? A to Marcial Maciel Degollado, pochodzący z meksykańskiej Pipidówy bezwzględny pedofil, założyciel „Legionu Chrystusa” (cokolwiek czyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili), a to Józef Wesołowski ze wsi Mizerna, równie zagorzały pedofil, biskup i nuncjusz papieski, a to Sławoj Leszek Głódź z Bobrówki – biednej podlaskiej wsi. Ten ostatni – bohater dzisiejszego felietonu, był osobą szczególnie ciepło-lepką. Dzieciak z poprawczaka (osadzony tam z wilczym biletem za zakłócanie obchodów pierwszomajowych), dla którego kariera duchowna, bądź agenturalna, była z takim pechowym startem jedyną szansą na rozwój. Nigdy nie mogę wyjść z podziwu nad ignorowaniem faktu, że dziwnym trafem kogoś z tak politycznie spieprzoną przeszłością, ta sama komuna, która go skazywała na poprawczak, wypuszcza w latach 1972 – 1974 na STUDIA DO PARYŻA!!! Niefrasobliwość, tylko czyja? Władz komunistycznych, czy władz kościelnych? Bo ryzyko, przyznacie, spore! Do tego fenol – uzależnionymi łatwo sterować. Inna sprawa, że podobną lekkomyślnością w doborze zaufanych wykazywał się Lech Wałęsa, że wspomnę pedofila Jankowskiego, pedofila Cybulę, mętnego Mietka Wachowskiego, czy jawnych zdrajców – braci Kaczyńskich, czy znów naszego Sławoja Leszka.

Republika – Biała flaga.

Ale ja nie o tym. Zapewne już słyszeliście, że księża ogłosili reportaż TVN o biskupie dwojga imion ATAKIEM NA KOŚCIÓŁ I WIERNYCH. Prywatnie uważam, że promowanie i utrzymywanie takich kreatur jak Głódź na stanowiskach biskupich, jest atakiem na Polskę, Kościół, wiernych, a w szczególności na dzieci, ale co ja tam mogę wiedzieć?!

 

Jeżeli dobrze Ci się czytało – kilknij tu i promuj notkę.

Jak macica Izydy przewodniczącego Szafrańca przeraziła.

Tego jeszcze dobra zmiana nie grała: Międzygminna Organizacja Związkowa „Solidarność RI” w osobie rzekomego przewodniczącego pozytywnie zaopiniowała pomysł zmiany herbu Buska – Zdroju, a tekst opinii wklejam poniżej, bo CZYTAĆ WARTO. „Przewodniczący” organizacji, Robert Szafraniec, pochwalił się nawet tekstem w sieci, niestety ktoś uświadomił go, że zdradził wszystkim jakim jest (tu wpisz co chcesz), więc próbował ratować sytuację usuwając swój list. Na szczęście w sieci nic nie ginie i możecie świadectwo możliwości intelektualnych pana Szafrańca podziwiać u mnie.

Macica Izydy

Jak widać, pana przewodniczącego przeraziła macica Izydy oraz trójkątny penis Ozyrysa z herbu miasta. Jakby tego było mało, dzielny tropiciel znaków odkrył również płód Chorusa, osiem szprych koła solarnego, na którym jedzie Ozyrys oraz… czytam…, czytam…., pomóżcie mi. Co ten dzielny związkowiec pisze o czerwonej tarczy, bo to chyba nie do końca po polsku jest…, „czerwona tarcza to się tłumaczy Rotshild od gwiazdy Davida…” potem coś o banku światowym i żydowskiej kontroli… Poddaję się. W każdym razie, na sam koniec przewodniczący twierdzi, że to największe bluźnierstwo na Ziemi i znieważa Najświętszy Sakrament Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa, choć zabijcie mnie, a nie dociekłem ciągu przyczynowo skutkowego.

CZEGO NIE ROZUMIECIE?!

Ja wiem…, zaraz powiecie, że takich kretynów z państwowej kasy utrzymujemy…. Moi drodzy, przecież to nie o to chodzi. Przygłup też musi z czegoś żyć, a swój mózg zabiera ze sobą wszędzie, gdzie się zjawi. Musi jakoś zarabiać! Jak się jego rewelacji nie nagłośni, choćby tak jak ja to tutaj zrobiłem, to pogłupieje, powydurnia się i w końcu umrze i nikt o nim nie będzie pamiętać. To akurat nie ma znaczenia. Natomiast dzięki takiemu głuptakowi możecie zrozumieć, dlaczego PiS dorwało się do koryta. Nie 500+ to sprawiło, a fakt, że w PiS każdy idiota może głośno chlapnąć, co mu ślina na język przyniesie, może to być największy kretynizm w tej części Europy, a i tak złego słowa o nim powiedzieć nie można dopóki nie zaatakuje partii i prezesa pana. Dlatego za PiS tak się rozpanoszyli różni antyszczepionkowcy, antyoświatowcy a’la Elbanowscy, różne Kaje Godek, wszyscy cofający reformy. W kulturze pojawił się Kurski Jacek z Glińskim Piotrem (imiona jak mało gdzie mają znaczenie) promując Martyniuka i „Koronę Królów”, w komisji do badania katastrofy lotniczej pojawili się eksperci mglisto-parówkowi, w stadninie w Janowie pojawił się jakiś typ, który tylko po ogonie poznawał, gdzie koń ma tył, a gdzie przód, a w radzie nadzorczej PGE zjawiła się pipa, która na energetyce się przecież zna, „dlatego że bo” pożyczyła Kaczyńskiemu ponad 100 tysięcy złotych i jakoś musiał jej oddać. Każdy idiota może liczyć na wsparcie swej impotencji umysłowej. PiS, a wraz z PiS-em chór symetrystów krzyknie: NIE OBRAŻAJ LUDZI! Słyszę to za każdym razem, gdy tylko ośmielę się śledzić wygadywane przez nich niedorzeczności. To dlatego PiS wygrało. Każdy debil może głupieć do woli i nikt nie ma prawa mu zwrócić uwagi! To WIEDZĘ TRZEBA WSTYDLIWIE UKRYWAĆ, TU JEST POLSKA! Zresztą nie tylko od czasów PiS, że przypomnę treści encykliki pana papieża na temat małżeństwa, zwłaszcza wpleciony kontekst grzechu pierworodnego. Też śmiać się nie wolno, bo się jaśnie Suweren obrazi! Jeśli nie wierzycie, to jeszcze raz, bardzo uważnie przeczytajcie pismo Międzygminnej Organizacji Związkowej podpisane przez przewodniczącego Roberta Szafrańca! Same mądre rzeczy!

Elektryczne gitary – Dzieci.

A właśnie. A propos listu „szefa” buskiej Solidarności. Panie przewodniczący, panie Robercie kochany! Jak się pan tak boi Izydy, to niech pan do niej nie podchodzi, zwłaszcza od strony macicy. Ma pan rację! Jeszcze pana ugryzie! To samo się tyczy penisa Ozyrysa i płodu Chorusa. Nie dotykaj ich dzielny Wolaku! Jak mniemam, pan Szafraniec wierzy, a jakże, W JEDYNEGO BOGA…, tylko ta macica Izydy z penisem Ozyrysa to każdego by zmyliły. A u wróżki był? A kabałę postawił? A kazania Natanka wysłuchał? Arcybiskupa Jędraszewskiego bronił? A iloma uderzeniami „z dyńki” gwoździa trzycalowego w ścianę nośną wbije?!

 

P.S. Dotarłem do sprostowania rewelacji, wystosowanego przez Solidarność Rolników Indywidualnych. Otóż pan Robert od kilku lat nie jest ani przewodniczącym, ani członkiem Solidarności – po prostu się od tamtej pory pod pełniącego tę funkcję podszywa. Ale przecież Kaczyńskiego do tej pory tytułują premierem.

Jestem normalny bez tej edukacji, czyli głupi i głupszy w jednej osobie.

Najprostszy przepis na kabaret: Zaproś Janusza Korwin Mikke i przeprowadź z nim wywiad na temat o którym nie wie nic, ale zdaje mu się że coś wie tylko dlatego, że ponieważ. Z dużą, graniczącą z pewnością dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że sprawę załatwia każda problematyka za wyjątkiem brydża, szachów i gry w go. A że poziom tego kabaretu jest taki, że przy nim gagi z drabiną, kopniakami w tyłek i bitwą na torty są szczytem wyrafinowania, to naprawdę przy dzisiejszym Suwerenie nic nie szkodzi – to akurat dla niego interesujący spektakl.

Gdybym zgolił wąs – Bracia Figo Fagot.

„Jestem normalny bez tej edukacji” (seksualnej – przypisek mój), to oczywiście cytat z węsatego Janusza „a gdybym zgolił wąs”. A że jedyną normą związaną z brakiem edukacji, jest brak wiedzy, to zachodzi zależność: Nie nauczyłeś się – nie wiesz – to całkiem normalne. Podobnie jak to, że poglądy korwinowe na temat zbawiennej roli braku wiedzy w temacie seksu są bliskie wszystkim koniobijcom – od pryszczatych młokosów po santo subito od encyklik na podstawie własnych fantazji erotycznych układanych. I faktycznie Janusz na ich tle wypada nieźle – wszak dowiedział się skądinąd, gdzie należy włożyć, a potem pupą ruszać, co nie każdemu z wyznawców jego teorii o niepotrzebnym wychowaniu seksualnym było dane. Zresztą…, może przesadziłem z tym, że wiedział gdzie włożyć – tu akurat sprawna partnerka może służyć pomocą. Oprócz braku wiedzy, dopadła go inna normalność: ponieważ nie wiedział, po co stosować antykoncepcję, to i miał wpadki…, miał ich sporo, spłodził tej dziatwy z siedem, czy osiem sztuk, z trzema żonami i jeszcze chyba kochankami jakimiś, co to ich swymi „umiejętnościami” nie bardzo mógł przy sobie zatrzymać, co również jest normalne.  W ogóle zgadzam się, że jego umiejętności są NORMALNE, adekwatne do stanu niewiedzy jurnego dziadygi.

Guma – Big Cyc.

Wywiad, który z JKM przeprowadziła dla Onetu Eliza Michalik, przyniósł jeszcze jedną normalność. Na początku mówiłem o przepisie na kabaret, prawda? Otóż dziennikarka rozmawiała z Januszem o HONORZE. Nieźle się zaczyna, prawda? Troglodyta oraz damski i dziecięcy bokser, dla którego szczytem honoru była napaść na sięgającego mu pod pachę Michała Boni raczył był odpowiedzieć innemu troglodycie, młodszemu i silniejszemu posłowi PiS, Tarczyńskiemu, że nie ma zdolności honorowych (zatem Janusz Korwin – kupa w majtach – Mikke boi się użyć przeciw niemu tych samych pięści, których używał wobec kobiet, dzieci i małego Boniego). Tarczyńskiego zaś zdolności honorowe też ograniczają się do wyzwań dla emerytów – jakiś czas temu chciał się bić ze schorowanym Wałęsą.

Idź przodem – Kult

Smutnych czasów dożyłem, kiedy okazuje się, że zdolności umysłowe Suwerena kwalifikują takich zwyroli do Parlamentu. Schowani za swoimi immunitetami odgrażają się tym, których uważają za słabszych, ale jeszcze smutniejsze jest to, że dziennikarka zamiast spytać „co ma honor do okładania się po mordach?”, pochwaliła się znajomością dzieła innego neandertalczyka, autora kodeksu „honorowego”, niejakiego kapitana Władysława Boziewicza, napisanego w 1919 roku, stwierdzając na tej postawie, że JKM podobnie jak Tarczyński nie ma zdolności honorowych. Co do samego kapitana: Ile genów prehistorycznych musiał w sobie nosić, można jedynie wnioskować z tego, że w Polsce już w XVI wieku prawnie zakazano pojedynków, choć pierwszy znany zakaz wprowadził na ziemiach piastowskich już Henryk I Brodaty. Rozumiecie zatem, jakie mentalne uwstecznienie prezentował Boziewicz (rok 1919, to rok, gdy Polsce potrzebni byli ŻYWI obywatele, a nie truchła z pojedynków). Swoją drogą, znamienne jest, że pan Władek był oficerem INTENDENTURY, gdzie raczej NIE ryzykowano życiem za Ojczyznę.

The Charge – New Model Army

I dziwicie się, że gdy ktoś wypowiada słowo „honor”, zapala mi się lampka ostrzegawcza? Żeby toto było uczciwe, dotrzymywało umowy, miało odwagę mówić prawdę, ponieść prawne konsekwencje swoich czynów…, ale nie…, toto bić się będzie, ale koniecznie z kimś słabszym, najchętniej spętanym i z zawiązanymi oczami.

We Will Rock You – Queen.

Jeśli Ci się dobrze czytało, kliknij tu i promuj notkę.

Akcent przedwyborczy tuż po wyborach, czyli rozważania o upolitycznieniu.

Za narracyjną wyobraźnię, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic, jako sposób na życie.”

Z uzasadnienia Nagrody Nobla dla Olgi Tokarczuk.

Korciło mnie, żeby dzisiejszy felieton opublikować podczas ciszy wyborczej. Bo przecież nie dotyczy żadnej partii politycznej, a jego bohaterką jest polska noblistka i Akademia Szwedzka przyznająca nagrodę w dziedzinie literatury. Bohaterka jest co prawda feministką, działaczką na rzecz ochrony środowiska i praw zwierząt, ale nie działa w żadnej partii politycznej, więc spokojnie mógłbym sobie o niej pisać. Nawet jeśli jest także regularną uczestniczką parad równości, bo to też nie jest polityka, a prawa człowieka, które obowiązują bez względu na ciszę wyborczą – przypomnę tylko, że nie tak dawno temu pewnemu prezesowi z prawami człowieka pomyliło się prawo do prześladowania człowieka, ale to jego cholerny problem i bardzo prawym i sprawiedliwym by było, gdyby go takie prześladowanie dosięgło – ot tak zgodnie z przysłowiem, że kto pod kim dołki kopie. Dlaczego zatem się wstrzymałem z publikacją…?

Dezerter – Kolaboracja.

Powodów było kilka. Po pierwsze, miałem męczący tydzień i chciałem trochę zwolnić – wybraliśmy ze Świechną czynny odpoczynek na koncercie Dezertera. Po drugie, gdyby mój felieton mógł coś zmienić w wyniku wyborczym, mógłbym ślęczeć nad nim całą noc, byleby się ukazał przed wyborami. Ale on już nie zmieni nawet jednego głosu, więc stwierdziłem, że raczej przypilnuję, żeby samemu zagłosować i zawieźć na wybory żonę. Po trzecie, dla kogo niby miałbym tłumaczyć się z rzekomego uprawiania polityki podczas ciszy wyborczej? Może dla symetrystów, którzy niby zgadzają się z moimi poglądami, ale ponieważ używam nie takiego słownictwa jak trzeba, raczej mnie zbesztają, niż dadzą wsparcie? A może dla tych, którzy z wiedzą o udziale najwyższych hierarchów kościelnych w takich przestępstwach jak pedofilia i krycie pedofilii, czy łamanie rozdziału kościoła od państwa, nadal ich wspierają finansowo, bo to dla niejakiej „Bozi” jest, a nie dla hierarchów. Z kościelnych ambon całej Polski bije się z grubej rury w opozycję, w prawa człowieka, w prawa zwierząt – jak można to bagno finansować, jako przyczynę podając, że z niektórych ambon się nie bije? Tak czy siak, niczego nie zaryzykuję dla takiego Suwerena, nie zaryzykuję nawet pomówień o łamanie ciszy wyborczej, nawet jeśli potrafiłbym je bez trudu odeprzeć.

Dezerter – Nic się nie dzieje.

To o czym miał być ten felieton, bo odbiegłem od tematu….? O Oldze Tokarczuk i Akademii Szwedzkiej, a także o tym, co jest agitacją polityczną, a co nią nie jest. W kontekście literatury, chodzi o odróżnienie, co jest propagandą polityczną, a co sztuką. Sama granica jest oczywiście płynna, czasem jedno na drugie zachodzi, ale też pewne obszary są jasno przydzielone do swoich gatunków. Dlaczego zatem konserwatyści zarzucają Akademii Szwedzkiej lewicowość i upolitycznienie? Wynika to niejako z definicji konserwatyzmu: „Zawsze tak było i dobrze było, ja tak zostałem wychowany i na jakiego fajnego wyrosłem, ECIEPECIE, PLEPLEPLE….” Innymi słowy, konserwatyzm stawia opór zmianom, bo jakiś tam odwieczny autorytet powiedział jak ma być, my zawsze zatem wiedzieliśmy jak ma być i tak ma być, bo MOJA JEST RACJA TYLKO I TO JEST ŚWIĘTA RACJA! A czym się zajmuje literatura? Pokazuje DYLEMATY MORALNE, sytuacje specyficzne, często ekstremalne. Pokazuje dobrych na co dzień ludzi, zmieniających się pod wpływem impulsu w ludzi bezwzględnych i wykolejonych lub wręcz przeciwnie: ludzi na co dzień służących złu, którzy w szczególnych okolicznościach są zdolni do odwagi, poświęcenia, czynów szlachetnych. Weźmy osławioną przez noblistkę pozycję „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, gdzie pokazana jest przemiana kobiety doprowadzonej do skrajności przez bezsilność wobec powszechnego i legalnego zabijania zwierząt, które kocha. Nie dość, że mordercy zwierzęcych przyjaciół żyją, to jeszcze mają wysokie pozycje społeczne, są majętni, stoją na pozycjach autorytetów. No i pisarka ośmieliła się postawić pytanie: Co będzie, jeśli role (kat- ofiara) się odwrócą? Pyta się o coś jeszcze: „Co z ludźmi z inną wrażliwością”? Co z kobietą, która żeby móc wyciągnąć brata z sierocińca, staje się nałożnicą szanowanego obywatela? I tu konserwatyzm piszczy, bo ktoś ośmielił poddać w wątpliwość jego „wiem wszystko, mam taką wysoką moralność, że już dawno wydałem nią wyrok”. Taka jest rola literatury: Pobudzić do myślenia, pobudzić wrażliwość i wyobraźnię. Są rożne odcienie szarości!

Kazik – O kuchwa!

Tak to z grubsza wygląda. Ciężko o ciekawą książkę, jeżeli ma to być jedynie słuszna wyrocznia. Jeżeli nie pokazuje sytuacji skrajnych, szczególnych, jeżeli nie odwraca ról, jeśli akcja nie ma zwrotów, bądź niedomówień, choćby takich kosztem dynamiki. To dlatego konserwatyści tak rzadko są nagradzani w sztuce. I dlatego wydaje im się, że każdy „niekonserwatysta” ze świata sztuki jest w związku z tym „lewakiem”. Stąd i oskarżenia Akademii Szwedzkiej o lewicowość, podczas gdy poszukuje ona ciekawych spojrzeń na bieżące problemy.

Dezerter – Pierwszy raz.

Swoją drogą, czy zauważyliście, jak często przestępcy bronią się przez atak oskarżając o rzekome UPOLITYCZNIENIE? Nieważne, że wziąłem łapówkę, ważne że nagłośnił to mój przeciwnik polityczny! Nieważne, że zatrudniłem rodzinę, że zdefraudowałem państwowe fundusze… Ważne, że mówi o tym przeciwna strona polityczna! Gdy sędziowie bronili niezawisłości sędziowskiej, oskarżano ich o upolitycznienie, podczas gdy walczyli o podstawową wolność obywatelską – o prawo do niezależnych sądów. Gdy matki niepełnosprawnych walczyły o prawo do godnego życia dla siebie i swoich dzieci, było to samo! Ostatnio dotyczy to protestów klimatycznych. To, że o ustawowej ochronie prawnej decydują politycy, nie oznacza, że prawo do bezpieczeństwa jest polityczne.

IMG_2555

A tak przy okazji. Zobaczcie, jak to się wszystko ciekawie plecie: Olga Tokarczuk, autorka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” i współautorka powstałego na tej podstawie scenariusza „Pokotu” otrzymała Nobla wkrótce po śmierci znanego z niszczenia środowiska Jana Szyszko. Kiedyś postulowałem, by pilnie śledzić powiązania firm i osób prywatnych ciągnących korzyści z rabunkowej wycinki drzew, na którą zezwolił jeszcze jako minister, z jego prywatnym kontem, bo to może być klucz do zrozumienia szyszkowych decyzji. Marzy mi się też ujawnienie listy członków słynnej rzezi bażantów, które Jan od przyrody wypuszczał z klatek pod lufy żądnych zabawy strzelców i ich powiązań z denatem. No i masz: Facet zmarł nagle – ZATOR W PŁUCACH. A taki był zarozumiały, bezczelny i pewny swej pozycji oraz majątku nie zawsze wykazywanego w obowiązkowych oświadczeniach. Ten zbieg okoliczności zauważyłem od razu, ale jeszcze bardziej mi się on wyostrzył po dublińskim koncercie Dezertera, a to za sprawą poniższego utworu.

Jest w tym jakiś ponury symbol, że człowiek rozumny

właśnie z drzewa, a nie z plastiku produkuje trumny!

Dezerter – Ostatnia chwila.

A propos sobotniego koncertu Dezertera w Dublinie: Chłopaki wyglądają świetnie i robią nadal dobrą robotę. Ich stare teksty nadal są aktualne, co akurat ich nie cieszy zwłaszcza, że nowe też mają swoją moc i nie odnoszą się do fikcji. Zresztą spytaj milicjanta – on ci prawdę powie.

Kliknij tutaj – rozmawiamy o koncercie na Związku niesakramentalnym.

Tutaj kliknij, jeśli chcesz poczytać o ogólnych wrażeniach Świechny.

Jeśli Ci się dobrze czytało, kliknij tu i promuj.

Gdzie Biedroń niesie pomoc, Macierewicz z Kaczyńskim zmykają w popłochu.

Minionej nocy agencje doniosły, że lider partii „Wiosna”, europoseł Robert Biedroń, udzielił pomocy pasażerom płonącego i rozbitego auta. Byli to mężczyzna i jego dwuletni syn. Pan Robert zatrzymał się, następnie pomógł im wydostać się ze zniszczonego pojazdu, dał im schronienie w swoim samochodzie, a sam wyjął gaśnicę i stłumił płomień. Na szczęście ogień nie był tak duży, by zagrozić ofiarom i ratownikom, zwróćmy jednak uwagę na coś innego.

Kult – Mędracy.

Oto polityk, europoseł, zamiast wieźć swoją dupę w bezpiecznym samochodzie, zatrzymuje się, wychodzi i udziela pomocy. I to bez kamer telewizyjnych!!! Suwerenie, a Ty co byś zrobił? Docisnąłbyś gaz, żeby przez przypadek świadkiem nie zostać? No i to zatrzymanie samochodu, trzeba wyjść, ratować życie…,  a tu w domu browar i pilot od telewizora czeka!!! Nie no…, zwolnić żeby się pogapić i stworzyć dodatkowe zagrożenie, to tak, Suweren chętnie popatrzy, może jakieś świeże mięso będzie na instagrama, ale żeby tak pomagać, jak ten… brrrr…., giej???

To może zamiast spekulacji, przypomnę jak się zachowali dzielni partyjniocy z PiS.

Po katastrofie smoleńskiej, Antoni Macierewicz spierdalał aż się kurzyło (ups…, przeklęło mi się…? widocznie tak miało być!), a w pociągu którym uciekał, narobił takiej paniki, że kazał zaciągać zasłony, żeby go „snajperzy nie odstrzelili”. Świadkowie twierdzą, że jak kataryna powtarzał „zabiją nas…, zabija nas…”. Dzielny bohater dobrej zmiany, prawda? Zresztą, gdy zapierdalał po zbudowanej za Tuska autostradzie pancernym BMW tak, że spowodował wypadek, natychmiast zabrał dupę w troki, przesiadając się do innego samochodu. Co…? Znów przeklinam? Oj, jaki ja jestem niedobry! Nie to co Antoni Macierewicz! Jak spierdalał, to nie przeklinał!

Jacek Wójcicki – A my nie chcemy uciekać.

Sam zaś prezes pan po katastrofie smoleńskiej dostał takiego ataku narodowej odwagi, że nie wsiadł już więcej na pokład żadnego samolotu, nawet na beatyfikację JPII do Watykanu wymyślił, że partyjniocy z nim na czele pojadą pociągiem. Wyobrażacie sobie prezesa zatrzymującego samochód, by pomóc rannym? A pomagającego rannym? A wiążącego sobie samemu sznurówkę od buta albo zapinającego rozporek? Czego jest w stanie dokonać Jarosław Żółtozęby?

Dlatego Suwerenie, jedynie słuszna droga, to NARÓD Z PARTIĄ! Musicie z tym większym wylewem wazeliny, wychwalać prezesa pana i dobrą zmianę, zwłaszcza jej gangsterskie poczynania, bo przecież dzielą się z Lepszym Sortem tym, co zrabują. Do czasu, oczywiście, ale nie zapomnijcie o wzmożonej wazelinie, koniecznie, to żaden wstyd płaszczyć się przed nierobem i bandytą. Lizu, lizu, jak już wyliżecie miskę, to znajdziecie coś innego do wylizania, prawda Dzielny Narodzie?! Na marginesie, zgadnijcie jak się nazywa człowiek, który współdziała z gangsterem w zamian za swoją działkę?

Przeskoczyło mi się z tematu na temat, prawda? To wszystko po to, żeby Wam pokazać, kto głosuje w tych wyborach i uświadomić, że żadne myzianie po jajkach, żadne komplementy nie pomogą. Sektę trzeba po prostu pokonać. Głosują na łajniaków, na tchórzy i sprzedawczyków, bo są im podobni. Ich radością jest niszczyć słabszych. Imigrantów, homoseksualistów, wszelkie mniejszości. Niedawno Kaczyński stwierdził, że wolność jest zagrożona, bo narodowi zwyrole nie mogą bezkarnie szczuć na LGBT. Otwarcie połączył siły ze zorganizowaną grupą przestępczą o nazwie Episkopat Polski, zajmującą się oprócz wyłudzeń finansowych, chronieniem pedofili i umożliwianiem ich wyszukiwania coraz to nowych ofiar. Nie bez powodu Kaczyński gada jednym głosem z Jędraszewskim, swoją drogą wywodzącym się z diecezji poznańskiej, gdzie kleryków bezkarnie wykorzystywał abp Juliusz Paetz.

P.S.

Na „Związku niesakramentalnym” rozmawiamy o poczuciu szczęścia – kliknij tu, jeśli chcesz poczytać.

Pomniki Dobrej Zmiany, czyli Woland się żeni. Odc. 1 i pół.

Relacja z podróży poślubnej nie byłaby pełna, gdybym nie udokumentował ogólnej szczęśliwości i wdzięczności Suwerena dla PARTII i jej PIERWSZEGO PREZESA PANA, który oczywiście wyraża się u nas poprzez pomniki. Zatem zapraszam do podziwiania. Przyklęknijmy, można mruczeć hymn „Z Ziemi polskiej do Wolski”, wyglądać należy uniżenie i służalczo!

IMG_1647

Pomnik polityki energetycznej dobrej zmiany.

Pomnik znajduje się w Praszce i przedstawia tradycyjny transport węglowy, który jak wiemy, nie spóźniał się – w przeciwieństwie do transportu spalinowego i elektrycznego. Stalowa droga urywa się jednak niespodziewanie – to szatański Gender, LGBT i Europa wspólnie uknuły spisek przeciw tradycyjnej nowoczesności na wyngiel. Podobno premier teoretyczny, boska boski MM oprócz stępki w stoczni, uruchomił kociołek węglowy (starą, dobrą kozę) w siedzibie Ministerstwa Cyfryzacji, a tabliczka znamionowa głosi: Cyfryzacja tak, ale na wyngiel!

 

IMG_1640

Instalacja „Polska w przebudowie” – okolice Praszki.

Instalacja przedstawia betoniarę – symbol trwałości i stabilności. Czerwona beczka symbolizuje komunistycznego prokuratora Piotrowicza w nowej, pięknej rzeczywistości.

Oczywiście prawdziwa miłość Narodu objawia się najpełniej wobec Wodza. Przykłady pomników wdzięczności za Prezesa Pana można by mnożyć, ja ograniczę się do tych najbardziej spektakularnych.

IMG_1801

Lider.

Pomnik Prezesa Pana z Zagrody Guciów w formie największego w Polsce amonitu – skamieliny symbolizującej przetrwanie wszystkich wynalazków zgniłego postępu.

IMG_1898

Lider niosący trzos dla ludu wiernego.

Jak widzimy, zamojski pomnik przedstawia Wodza, niosącego ludowi swemu trzos. Wódz szepcze przy tym mantrę (skuś baba na dziada), trzymając się za talizman, chroni to Suwerena przed powrotem Tuska, a skromne rozmiary trzosu sugerują, żeby Suweren sam sobie zarobił na obietnice wyborcze, bo prezes i tak im nie da swoich pieniędzy. Wprawne oko dostrzeże podpis: Krasnal Baliaryga. To oczywiście kryptonim konspiracyjny, zmieniony ze względu na RODO.  Po co to wszystko, wystarczyłby napis T.W. Balbina!

IMG_2102

Śmiało – Partia Twoim Przewodnikiem.

To już oczywiście lubelski pomnik cudu partyjnego (od Polski w ruinie do tańca na linie). Pozostawiający charakterystyczny ślad samolot symbolizuje uciekającą ruinę. Małpka… wiadomo….

IMG_2352

Irasiad i Alik.

Kto jeszcze pamięta? A dzięki takim tablicom pamiątkowym pamiętamy zarówno Irasiada, jak i poległego Alika. To oczywiście Kazimierz Dolny nad Wisłą.

IMG_2752

500+

To już słynne miasto, gdzie faszyści tańczą disco polo i piją piwo w ciąży, czyli Białystok. Gdzie jak gdzie, ale tam ustawienie instalacji symbolizującej wręczenie 500+ było spontanicznym obywatelskim obowiązkiem.

Na zakończenie mój faworyt: Niezwykły, nietuzinkowy, symboliczny pomnik Dobrej Zmiany. Oczywiście w Białymstoku, gdzie ONR i Kononowicz prowadzą swoje patoblogi. Przyjrzyjmy się uważnie.

IMG_2757

Pomnik Dobrej Zmiany – „Koło Fortuny”.

Od góry i od lewej: Prezes Pan, Premier Teoretyczny, Analityk Partyjny, Dupa. A teraz zadanie: Niech Pi oznacza liczbę Pi (ok. 3.14), r oznacza długość „szprychy” koła od wozu, czyli promień koła fortuny. Co się stanie z Analitykiem Partyjnym po pokonaniu drogi równej połowie Pi pomnożonej przez r? Co się stanie z Prezesem Panem i Premierem Teoretycznym, po pokonaniu drogi równej r pomnożonego przez liczbę Pi? Gdzie będzie Dupa? Czy to możliwe, że zawsze z tyłu? Odpowiedzi udzieli 13-go października widoczny na murku Suweren.

POZDROWIENIA Z IRLANDII, chichichi (diaboliczny śmiech).

 

P.S. Świechna dokończyła swoją relację z naszej podróży poślubnej, więc jeżeli jeszcze nie czytałeś, to zapraszam – kliknij tutaj.

Kraj i ludzie, czyli Woland się żeni. Odc. 1.

I stało się… Woland wziął i się ożenił, a jego wybranką jest Świechna, o czym na wstępie spieszę donieść, gdyż wydarzenie to było powodem podróży poślubnej i długiej nieobecności w sieci. Świechna zdała z tych dni wyczerpującą relację.
Odcinek pierwszy – kliknij tu, by obejrzeć.
Odcinek drugi – kliknij tu, by obejrzeć.
Odcinek trzeci w przygotowaniu.
Nim to jednak nastąpiło, dwa tygodnie wcześniej wpadłem z krótką wizytą na Dolny Śląsk, by załatwić kilka nie cierpiących zwłoki spraw. Ponieważ nie było mnie w Polsce ponad cztery miesiące, zdążyłem już nieco się odzwyczaić od specyfiki Suwerena i o tym będzie ta notka. O różnorodności mieszkańców Polski (niekoniecznie Polaków) – tak o tych, którym się chce realizować marzenia, jak i o tych, którym się wydaje, że im się należy coś więcej, niż sami wypracują, o pogubionych i tych, którzy wzięli odpowiedzialność za swoje życie.

Taras Tarczyn

Wizyta przedślubna zapadła mi w pamięć głównie z powodu pewnego miejsca noclegu. Tarczyn, to zabytkowa wieś dolnośląska umieszczona na wzniesieniu ponad miastem Wleń, a obdarzona przez naturę lasami poniżej i pełną panoramą Izerów, Karkonoszy i Pogórza Kaczawskiego. Początkowo planowałem nocleg w przepięknym Domu nad Polami, lecz okazało się, że jest on w żałobie po śmierci nieodżałowanego pana Nowaka i na razie zawiesza działalność – tak trafiłem do Uriana, sąsiada prowadzącego również agroturystykę „Taras Tarczyn” – w podobnym duchu zachowującą piękno tradycyjnej dolnośląskiej wsi. Spokój, przyroda, komfort. Szkoda, że w ofercie nie ma posiłków, za to jest to coś, co znika z krajobrazu: stare drzewa i krzewy (ozdobne i owocowe), wiekowe meble, drewniane podłogi i belki stropowe, a nowoczesność starannie przesłonięta tradycyjną stolarką i ceramiką. To właśnie tacy ludzie, jak państwo Nowakowie, czy Urian Hopman z Amsterdamu, podnoszą z upadku to, co poprzedni gospodarze, a nasi rodacy obrócili w ruinę. Pasjonatów jest tu coraz więcej – samotnie zmagają się nie tylko z brakiem uznania, lecz elementarnego choćby zrozumienia. Tak rzadko kogoś stać, by powiedzieć im zwykłe „dziękuje”. Jak to wygląda z punktu widzenia takiego miłośnika tradycji obszaru sudeckiego jak Urian, najlepiej świadczy kilka zdań przez niego wypowiedzianych w rozmowie ze mną: „(…) Z władzami rozmawia się ciężko. Dają pozwolenia na nowe domy, a nie pomagają w renowacji starych, wolą inwestować w duże sklepy i przemysł, zamiast w turystykę. A tu są unikalne, piękne, stare budynki, które niszczeją. Tylko jak ja mogę wam radzić. Mieszkam tu od 20 lat, a ludzie mi nawet dzień dobry nie mówią”. Wiecie, jak mi było wstyd za rodaków? Tak często mamy w gębach frazesy o staropolskiej gościnności, a jak przyjdzie chwila próby, to się okazuje, że Polaka nie stać na zasrane „dzień dobry”. I niewiele tu zmienia fakt, że Urian słabo mówi po polsku i nadal najlepiej się z nim porozumieć po angielsku, chyba że ktoś zna niderlandzki – akurat słowa „cześć” i „dzień dobry” zna wystarczająco dobrze. Suweren od ludzi ratujących tradycyjne budownictwo woli tych, którzy je niszczą – przeznaczających każdy grosz na alkohol i papierosy. Panie i panowie żebrzący pod sklepem na wino mogą liczyć na „jak leci, Janusz”, choć ich odpowiedź jest zawsze ta sama: „stara bieda, (…) jest sprawa…, pożycz pięć złotych”.

Piotr Bukartyk – O przyjaźni.

W dniu ślubu byłem bardzo spięty, choć zdałem sobie z tego sprawę dopiero na drugi dzień, gdy nie potrafiłem sobie przypomnieć jak byli ubrani goście. Pamiętam tylko moją Świechnę. Jeszcze dwa lata temu nie sądziłem, że taką osobę odnajdę, a tu proszę: Byliśmy już w tylu ciekawych miejscach, cieszyliśmy się tyloma większymi i mniejszymi doświadczeniami, obejrzeliśmy wspólnie tyle sztuk teatralnych, filmów i dokumentów, zawsze razem, na ogół bardzo blisko siebie i z dłonią w dłoni. Ciężko uwierzyć, że kiedyś o sobie nic nie wiedzieliśmy.

 

To był dla nas dobry dzień. Nasza przyjaciółka rozpoczęła deszczową sesję fotograficzną, która z minuty na minutę przeradzała się w bardziej pogodną – deszcz niknął w oczach, by po kilkudziesięciu minutach ustać na dobre. W godzinę ślubu było już sucho, jedynie nasze buty wymagały kilku zabiegów usuwających glinę z czasu mokrej sesji. W sali ślubów ujęła nas serdecznością prowadząca uroczystość, pani Anna. No i goście – wszyscy dopisali, niektórzy mimo ciężkiego stanu zdrowia. Było skromnie, niezobowiązująco i bez presji, tak jak planowaliśmy. Chwilami wydawało mi się, że niektórzy z uczestników są bardziej przejęci konwencją niż my. Moje napięcie wynikało z wiedzy o zaostrzonym stanie choroby brata – w głębi ducha przygotowywałem się na niespodziewany rozwój sytuacji, z którym zmierzenie się było tylko kwestią czasu. Przy tej okazji znów miałem możliwość zetknąć się z różnymi reakcjami – niektórzy chcieli pomóc mimo że nie musieli, inni zaś, pomimo obowiązku jaki na nich ciążył z racji wykonywanego zawodu, uprawiali bezczelną spychologię. W każdym razie, już w dniu ślubu mogliśmy się przekonać, co oznacza „być razem na dobre i na złe”.

 

Wizyta u Cioci i Wujka rozpoczęła miesiąc miodowy. Podobnie jak my, uciekli z Polski, tyle że my za granicę, a oni na emigrację wewnętrzną – do leśnej osady na kilkanaście domów, gdzie na zasłużonej emeryturze mogą w spokoju cieszyć się plonami z działki, własnymi przetworami, chodzić na grzyby, na ryby, do łóżka… (prawie jak Luśka), cieszyć się odwiedzinami wnuków. Był czas, gdy musieli reagować na politykę, bo każde z nich przeszło szczebel po szczeblu swoją drabinkę zawodową – ona od nauczycielki do dyrektorki zespołu szkół górniczych, a on od sztygara po głównego elektryka kopalni – to nie są i nigdy nie były funkcje, które polityka omija. Nie brakowało im spięć z aparatem partyjno-religijnym, ni z Suwerenem – ani za komuny, ani po jej upadku. Dziś gorąco namawiają dzieci, by wyjechały do cywilizowanego świata, pozostawiając mądrego inaczej Suwerena w jego Grajdołkowie – sam na sam z własną roszczeniowością, pychą i głupotą, bo szkoda zdrowia…, życia szkoda.

 

To było udane popołudnie. Rozmowy, wspomnienia, stare zdjęcia… i oczywiście smaczne potrawy pieczołowicie przygotowane przez Ciocię.

Waglewski, Fisz, Emade – Wrze gąszcz.

Podróż właściwa, czyli przejazd przez Ścianę Wschodnią rozpoczęła się dwa dni po ślubie od pięknego, choć mocno niedofinansowanego Jarosławia. Na każdym kroku widać, że było to niegdyś znaczące miasto, tylko że coś poszło w międzyczasie nie tak. Piękne kamienice zachowały dawny, renesansowy układ, pozostały takie ślady wielokulturowości, jak budynki dawnych synagog, cerkwie (z których jedna pełni pierwotną funkcję, a druga jest dziś kaplicą rzymsko-katolicką). To miasto urosło w siłę dzięki handlowi, choć dziś sprawia wrażenie opustoszałego, jakby nie czterdzieści, a dwa tysiące mieszkańców je zasiedlało. Byliśmy tam tuż przed siedemnastą i co nam się rzuciło w oczy, to brak młodzieży na ulicach. Ja wiem, że poniedziałek, a nie piątek, ni sobota, gdy częściej popuszczane są cugle, ale żeby od razu tak masowo siedzieć w domach w taki piękny dzień?!

 

Spacerowaliśmy wzdłuż zabytkowych kamienic w ciszy i spokoju, bo gwaru odwiedzających próżno było szukać, ciężko powiedzieć dlaczego. Rzutem na taśmę udało nam się zakupić kawę i całkiem smaczne lody w pucharku – wkrótce mieli zamykać, o tej porze nie spodziewają się już klientów. Jednego nie rozumiem: Ludzi nie widać, za to samochody parkowane są w samym rynku – jak to Świechna nazwała „(…) jakby miasto pełne było ludzi z obłożnie chorymi nogami”. Takie piękne miejsce, tak beztrosko paskudzone pojazdami leniwych wozidupów.

IMG_1709

W drodze na Roztocze odwiedziliśmy jeszcze dwie małe wsie: Wiązownicę i Majdan Sieniawski, poszukując śladów pamiątek po czasach, gdy mieszkały tam moja babcia i prababcia Świechny. Widzieliśmy sporo domów i przydrożnych kapliczek mogących je pamiętać, lecz ludzi spotkaliśmy niewielu takich, którym wymieniane przez nas nazwiska coś mówiły. W Sieniawie próbowaliśmy wejść na teren parku Czartoryskich, lecz był zamknięty na głucho (podobno z powodu wymiany zarządcy).

IMG_1796

Zagroda Guciów – tam spędziliśmy dwie noce. Piękne, prowadzone przez pasjonatów Zamojszczyzny miejsce w dolinie górnego Wieprza, gdzie niegdyś wznosiły się Grody Czerwińskie. Miejscowy przewodnik z dumą podkreślał wielokulturalność tych terenów, ich historię i związek z Zamojskimi, którzy byli troskliwymi zarządcami tych ziem. Dwuizbowa chata z XIX wieku, była ponoć na Roztoczu standardem, co wobec powszechnych wówczas w Królestwie Polskim biednych jednoizbówek dzielonych nierzadko z inwentarzem, plasowało miejscowych jakieś dwa poziomy wyżej na drabinie rozwoju społecznego. Przy okazji oprowadzania, nasz przewodnik utarł nosa jakiemuś zwolennikowi neokomunistycznych teorii zawierających się w jakże odkrywczym cytacie prezesa pana „jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś musi je mieć” tłumacząc, że Zamojscy byli prawdziwymi dobroczyńcami tych ziem i mieszkańców, dawno by zbankrutowali, gdyby wzorem większości ziemiaństwa, oparli się na wyzysku chłopów i w przeciwieństwie do innych możnowładców, szybko nadali chłopom ziemię, a sami zainwestowali w przemysł, podczas gdy szlachta, która tego nie zrobiła, szybko stała się „zubożałą szlachtą”, a los jej dawnych poddanych stał się odpowiednio gorszy.

 

Skoro Zamojscy, to i Zamość, czyli „Perła Renesansu”. Nie ma w tym stwierdzeniu słowa przesady, na czasy w których powstawał, było to rzeczywiście miasto idealne. Dziś zabytkowe centrum jest nadal w bardzo dobrej kondycji, zważywszy na historię Polski i tych ziem. Można oczywiście czepiać się, że coś tam jest nieodremontowane, coś się dopiero doprowadza do porządku, a coś innego dawno się zawaliło, ale jeżeli tylko ruszymy swe zacne dupy z Grajdołkowa, by się przyjrzeć Światu, okaże się, że zamojska Starówka nie odstaje pod tym względem od zachodnioeuropejskich zabytków tej klasy. Tyle, że Suweren rzadko kiedy podnosi głowę, żeby dostrzec to, co nad nim. Kiedyś mój znajomy nakręcił amatorski dokument „Duch Starówki (warszawskiej – przypisek mój)”, gdzie jeden z bohaterów filmu stwierdził, że dziś ludzie tamtędy niemal biegną patrząc jedynie pod nogi, tylko turyści zwracają uwagę na otaczające ich piękno. A tu nie ma ich tak wielu jak w Warszawie, czy Krakowie. Są jednak miejscowi. 65 tysięcy mieszkańców, jakimi szczyci się Zamość w Irlandii wystarczyłoby z nawiązką, by zapełnić wszystkie kawiarnie i restauracje – przynajmniej w porze lunchu. Nie wspominam o życiu nocnym, bo akurat zalewania ryja po knajpach nie traktuję jako element życia towarzyskiego, a nawet gdybym to zrobił, to i tak daleko by było Perle Renesansu do podobnej przecież wielkości miast takich jak Galway, Limerick, czy Derry. Gdy rozmowa schodziła na ten temat, zastanawialiśmy się, jak dzisiejsza młodzież ze sobą flirtuje, jak spędza wspólnie czas, skoro wizyta w kawiarni, czy restauracji nie leży w kręgu zainteresowań młodych. Wiedzą w ogóle, jak się zamawia obiad? To nie jest pytanie złośliwe, bo akurat Świechna pracowała jako nauczycielka w szkołach, do których często uczęszczały dzieci z rodzin patologicznych i one naprawdę tego nie wiedziały, mało tego, nierzadko miały problem z zachowaniem w takiej gównodajni, jak popularna wśród wycieczek szkolnych „fastfudownia” rodem z USA. I to jest pytanie jak najbardziej serio: „Czy w Polsce obszary patologii rozszerzyły się już na miasta wielkości Jarosławia i Zamościa tak mocno, by je zdominować?” Brak umiejętności relaksu, konstruktywnego spędzania wolnego czasu, nawiązywania więzi społecznych, to naprawdę problem. Może mieliśmy pecha, może byliśmy nie tam, gdzie trzeba, nie o tej porze, ale…

IMG_1931

…No właśnie… Zmieniliśmy miejsce i co…? Krasnobród – miasto i zalew na Wieprzu. Upalny, wrześniowy dzień, godzina siedemnasta. Nie mieliśmy gdzie się napić kawy. Wszystko pozamykane! Mordowni nie braliśmy pod uwagę. Nad zalewem pusto, jedynie jakiś młody, samotny kandydat na alkoholika, z dużym prawdopodobieństwem już uzależniony, siedział na plaży ze swym pełnym plecaczkiem i opróżniał jedna za drugą znajdujące się w nim butelki piwa. Ja nie domagam się jakiegoś lipcowego molo w Sopocie i hałaśliwej masy urlopowiczów, ale my naprawdę nie widzieliśmy tam ani jednej spacerującej i trzymającej się za ręce pary, więc robiliśmy za jakiś relikt spacerów we dwoje…, a może ich tam nigdy nie było, może byliśmy nie reliktem, tylko prekursorami takiego spędzania czasu? Nastolatków nie widać, dwudziestolatków nie widać, z czterdziestolatków jesteśmy tylko my…. WTF?!

IMG_1955

Po takich obserwacjach i powrocie do Guciowa tym bardziej zacząłem podziwiać gospodarzy tego prywatnego skansenu, agroturystyki i jadłodajni regionalnej w jednym, bo utrzymać się na rynku przy tak zamkniętym społeczeństwie, to wyczyn nie lada, skoro nawet zamojska Starówka świeci w dzień powszedni pustkami. I wiecie co…? Czytaliśmy wcześniej trochę o tym miejscu, zajrzeliśmy także do komentarzy Suwerena. Jak myślicie…, co dominowało? A jak powiem, że w dupach się poprzewracało, to już będzie wiadomo? Przyjedzie taki rodak z Grajdołkowa, zapłaci za nocleg w zabytkowym pokoju dwuosobowym z łazienką i swojskim śniadaniem tyle, ile w Europie by zapłacił za łóżko w dziesięcioosobowym pokoju hostelu z kiblem na korytarzu i wspólną kuchnią na 80 osób, dostaje wszystko świeże i pod nos, ale nadal mu coś nie pasuje. Między Bugiem a Odrą hejtowi nie podlegają bowiem jedynie nieroby. Spróbuj czegoś dokonać, masz przechlapane u zawistnego rodaka. Skansen wymaga fachowej konserwacji (drewno i słoma, to podstawowy budulec), przewodnika, osób sprzątających, kucharek, osoby do wypieku chleba i podpłomyków, jak również obsługi strony internetowej i opłacenia mediów (woda, gaz, prąd, ścieki), a wszystko to znajduje się gdzieś na roztoczańskiej wsi na kilkanaście chałup. Suweren, a jakże, najchętniej by wziął te usługi w gratisie, więc z wielkim bólem pupy i grymasem twarzy zapłaci co najwyżej za absolutne minimum opłacalności. I tak sobie myślę, że ci nawiedzeni znawcy wszystkiego, pouczający mieszkańców Zamojszczyzny, jak ma wyglądać piróg biłgorajski, a jak tradycyjne, swojskie śniadanie, powinni pozostać przy swojej kanapce z jajkiem w autobusie wycieczki zakładowej na kabaret lub do wesołego miasteczka. Po co mają komuś zatruwać życie, jeśli nigdy nie będą zadowoleni? Znam jednego takiego, który kiedyś pouczał szefa kuchni z czeskiej restauracji, jak mają smakować knedliki. Ten zwrócił mu pieniądze mówiąc: „Podałem panu ręcznie robione, świeże knedliki, ale skoro panu bardziej smakują te z mrożonki, niech pan od tej pory kupuje w sklepie”.

Emerson, Lake and Palmer – The Sage

Wróćmy jednak do naszych (moich i Świechny) prywatnych odczuć: Wysypialiśmy się w wygodnym łóżku, nie odczuwaliśmy żadnych niedostatków, a pokój wyposażony był w czajnik, wygodną łazienkę i dużych rozmiarów wentylator na wypadek upałów, co nie w każdej agroturystyce jest oczywiste. Śniadania dostawaliśmy smaczne i tak obfite, że na następny posiłek mieliśmy ochotę około 14-tej lub jeszcze później. Obiady jedliśmy w drodze, wybierając restauracje z regionalnymi posiłkami, ale jedynym powodem takiego wyboru była chęć poznania okolicy. Właściwie brakowało nam tylko czasu. Klikając w linki do bloga Świechny znajdziecie więcej zdjęć, a ja zapraszam do lektury naszych relacji – każda dotyczy bowiem tych samych zdarzeń, ale rozpatrywanych pod różnym kątem. Świechna skupiła się na miejscach i ich historii, moją zaś uwagę przykuły zachowania ludzkie i sami ludzie: Od pracowitych twórców po rozpuszczonych konsumentów. W następnych odcinkach czeka nas między innymi wizyta u dwóch twardych chłopaków z podlubelskiej wsi, organizujących sobie życie i pasje mimo niepełnosprawności, rzut oka na odnowione zabytki Lublina, Puław, Kazimierza Dolnego i Męćmierza, a później przeskok na Podlasie wizyta u prawosławnych na ich świętej górze Grabarce, potem wizyta w tatarskiej wiosce Kruszyniany, smaki, ludzie prezentujący tamtejszą kulturę. Będzie także Białystok, królewskie miasto Tykocin, jego wspaniała zabudowa godząca kulturę polską z żydowską. Myślę, że Podlasie zmieści się dopiero w trzeciej części wspomnień naszego miodowego miesiąca, podobnie jak przystanek w Łodzi w pracowni niezwykłych kobiet ze stowarzyszenia Kamienica 56, które każdego miesiąca robią więcej dla dzieci, niż przedstawiany propagandowo jako wielki przyjaciel najmłodszych Karol Wojtyła przez całe życie.